Jest wtorek 1 września, początek roku szkolnego. Początek myśli o zmianie, o przybliżaniu do jesieni i żegnaniu dni pełnych światła i nocy wieńczonych wczesnym, jasnym wschodem. Ten dzień poświęcony jest pielgrzymowaniu śladami Herberta. W kościele św. Antoniego trwa rozpoczynająca rok szkolny Msza św. Dzieci i dorośli wysypali się na plac, schody i chodnik. Ich dobitne "Ojcze nasz" niesie się po okolicy.
kilka słów, dźwięków, złapanych kadrów i kłębiaste chmury stanów (ducha) :) zapraszam do wędrówki moimi śladami z kubkiem kawy w ręku "Wydaje się, że w mózgu istnieje całkiem szczególny obszar, który można by nazwać poetycką pamięcią i który rejestruje to, co nas urzekło, wzruszyło, co dało piękno naszemu życiu." Milan Kundera
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w drodze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w drodze. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 16 maja 2016
wtorek, 29 grudnia 2015
Lwów śladami Zbigniewa Herberta
Istnieje atmosfera zawieszonej w powietrzu zagadkowości, czegoś niewidzialnego, a przecież możliwego do zobaczenia innym wzrokiem, którymi obdarzeni są jedynie wtajemniczeni? Istnieje na pewno, wiem o tym od pisarzy usiłujących opisać "inny wzrok", wrażliwych nań w sposób wyjątkowy, jak choćby Henry James w "Obrocie śruby".
G. Herling-Grudziński, Cmentarz Południa
Ja: - Jadę do Lwowa.
G. Herling-Grudziński, Cmentarz Południa
Ja: - Jadę do Lwowa.
Oni: - Zabiją Cię! Przecież tam jest wojna!
- takie i podobne reakcje usłyszałam oznajmiając tu i ówdzie mój pomysł długo odkładanego wyjazdu.
- takie i podobne reakcje usłyszałam oznajmiając tu i ówdzie mój pomysł długo odkładanego wyjazdu.
Ja: -Jasne, wojna (jeśli można tę zbrojną samowolę agresywnej Rosji tak określić) toczy się ponad 1000 km od Lwowa. Odległość Lwowa od Wenecji jest równa tej do Doniecka, odpowiadałam, myśląc (mocno na wyrost), że jeśli mam ginąć, to przynajmniej robiąc to, co kocham.
środa, 16 grudnia 2015
Kraków i Tyniec - kiedy nie dzieje się nic dzieje się najwięcej
Każdy, w jakiś sposób dotknięty przez to miasto na zawsze będzie nosił je albo blisko serca, albo w mniej lub bardziej serdecznej pamięci. Plan odwiedzin zrodził się całkiem spontanicznie po tym jak w końcu czerwca Galeria Mocak otworzyła wystawę rysunków Herberta, wiedziałam, że mam czas do połowy września by się tam pojawić. Był to też przystanek w drodze do miasta zawsze wiernego, bowiem od kwietnia, kiedy pogoda trochę się popsuła i w zamian była Warszawa, miasto Leopolis panoszyło się we mnie swoim temperamentnym życiem, wiło i przybierało na sile. Potrzeba opuszczenia City również miała w tym swój udział. Przecież nikt przy zdrowszych zmysłach nie da się zamknąć w betonowej dżungli przed ekranem w środku lata - w wersji brytyjskiej także coś takiego jak namiastka lata, choć marnie, istnieje ;) Tak, to mogło być szare, bez namiętności...
czwartek, 12 listopada 2015
Dwa dni pomiędzy Florencją a Pizą
Witamy się z Firenze Campo Marte w sobotni wieczór. Przedmieście jakich wiele. W drodze do mieszkania okazuje się, że zatrzymamy się w dzielnicy malarzy, przynajmniej wg obecnej nomenklatury. W pobliżu jest Giotto, Cimabue i Fra Angelico, a my stacjonujemy na Via del Ghirlandaio. Jeszcze tego samego wieczoru udajemy się ku miastu-nocą. Najpierw wzdłuż Arno, potem przy budynku Biblioteki Narodowej zmierzamy ku Uffizi. Trafiamy na sobotnio-wieczorny tłum. Atmosfera jest prawie duszna. Na Piazza della Signoria trwa jakaś głośna impreza. Taka z saksofonami i orkiestrą. Oklaski i okrzyki publiki. Rzeźby Dawida i Herkulesa u wrót do Palazzo Vecchio wyraźnie cierpią.
niedziela, 1 listopada 2015
u Giotto, w Padwie
Dzień urodzinowy w Padwie rozpoczął się dosyć wcześnie, bo od wizyty w Kaplicy Scrovegni wyposażonej od niedawna w system pomiaru temperatury. Komfort obcowania z XIV-wiecznymi freskami zdobiącymi wnętrze kościoła na Arenie podlega odgórnej, surowej reglamentacji czasowej (30 minut) oraz towarzyskiej (każda grupa to najwyżej 25 osób). Bilety wstępu należało zarezerwować z wyprzedzeniem. Ale czego się nie robi dla ocalenia tego, co opowiedział Giotto 700 lat wcześniej.
Zanim rozpoczniemy ucztę zbiorowo ulegamy przymusowej, 15-minutowej aklimatyzacji w pomieszczeniu przechodnim oglądając film o kaplicy. Wmarsz, a potem wymarsz grupy zwiadzajacych odbywa się sprawnie. Drzwi do kaplicy otwieraja się i zamykają automatycznie dwa razy na godzinę. Wszystko to by ustabilizować mikroklimat. Kaplica jest przestronna, możnaby powiedzieć, że to kościółek kiedyś przyległy do pałacu rodziny Scrovegni. Od wejścia uderza kontrast chabrowego nieba sufitu, bardzo podobnego do tego w krakowskich kościołach: Mariackim i Franciszkanów, z rozmieszczonymi równolegle na obu ścianach scenami biblijnymi. Charakterystyczny kolor Lapis lazuli akwamaryna, był najlepszym i najdroższynm barwnikiem średniowiecza sprowadzanym z terenów dzisiejszego Afganistanu. Naocznie potwierdzona 700-letnia gwarancja trwałości :)
Fresk tuż nad drzwiami wejściowymi przedstawia jedną z piękniejszych scen sądu ostatecznego nad rzędami nagromadzonych postaci. Radosne twarze po lewej, zwrócone ku górze, uchwycone są tuż na moment przed oderwaniem się od ziemi. Po prawej panuje chaos. Prawdopodobnie to pierwsze odtworzenie piekła wg wizji Dantego. Można powiedzieć, że freski powstawały "na gorąco", bo Dante i Giotto spotkali się prawdopodobnie podczas prac w kaplicy pomiedzy latami 1304-1308. Spojrzeniom na wysokie sufity towarzyszy mój cichy podziw niebywałych zdolności ekwilibrystycznych ówczesnych. Jeszcze nie wiem, że ta myśl będzie wracać ze zdwojoną intensywnością przez najbliższych kilka dni.
"Czemu Giotto jest ważny dla sztuki włoskiej?
Bo wynalazł perspektywę.
Per-spek-ty-wę!" - powtarzając za Amarcord (scena od 3:40)
Bo wynalazł perspektywę.
Per-spek-ty-wę!" - powtarzając za Amarcord (scena od 3:40)
Mój trud zwiedzania kaplicy polega na próbie opanowania oszołomienia, typowej reakcji na nagromadzenie piękna, świadomości czasu i mocy prostoty każdej z tych kompaktowych scen fresków. Na pierwszy rzut oka to prostota i symetria. Ogrom niuansów, ale postaci Giotta wymykają się schematom prymitywistów, a stan ducha maluje się na twarzach. W byle kącie nachylenia sylwetki jest tyle ekspresji i niewypowiedzianych słów, mimo upływu lat tak po ludzku czytelnych i dziś. Każda twarz, choćby zwrócona jedynie profilem, podobnie jak w sztuce bizantyjskiej, ukazuje napięcie. Pochylone głowy, przymknięte oczy. Zatrzymane bezgłośne emocje, byle grymas muśnięcia pędzla tworzy nastrój opowiadanych scen, pozornie niemych dramatów. Precyzja minimalisty, "ojca malarstwa włoskiego". "My z niego wszyscy" powiedzą nam w kolejnych godzinach i dniach lokalni malarze trecenta i quatrocenta. Ściana północna ma cztery okna przez co sceny zdjęcia i wczesnego życia Jezusa naprzeciwko oglądam w porannym świetle, mrużąc oczy i wysilając wzrok. Najmocniejsza jest chyba scena pocałunku Judasza. W elektryzującym spojrzeniu Jezusa jest niebywały spokój. Jest niezwykła moc i siła w tym niewielkim trójkącie oka. Ciężko wyłowić inne szczegóły. Próbuję doszukać się tych, na które zwraca uwagę Paweł Muratow. Szukam więc tkliwości linii palców Maryi w scenie narodzenia Chrystusa. Trochę na próżno, bo bombarduje mnie bezruch spojrzeń i gestów. Skupienie potrzebne od zaraz. Wniosek na marginesie prosty - lornetka we Włoszech naprawdę może się przydać, chyba, że chodzi o odtworzenie siedmiu cnót i grzechów głównych. Te są umieszczone na najniższym poziomie, niemal na wysokości głów obecnych.
Po poranku z Giotto ciężko powrócić do życia i naprawdę przewędrować miasto. Ulice Padwy rozgałęziają się w ożywione zakamarki, place pełne straganów, owoców, turystów. Zmierzamy ku Duomo, ale najpierw na urodzinowe wege śniadanie, po którym czujemy, że południowe słońce szaleje mocno jak na piątek przystało. Potem dłuższa chwila w chłodnym baptysterium, gdzie freski Menabue przypominają mi bardzo te w lubelskiej kaplicy św. Trójcy.
Pora siesty to pora zamykania drzwi i okiennic. Właśnie wtedy, kiedy słońce wysoko ruszamy śladami Herberta. Idąc ku południu obchodzimy Duomo, za którym odkrywam dom i ogród Petrarki.
Całodniowy dyżur pełni jedynie Bazylika św. Antoniego. W tłumie grup pielgrzymów niknie cały majestat miejsca. Grób św. Antoniego jest pilnie strzeżony i oblegany, bo każdy chce spędzić przy nim minutę i znaleźć utracony spokój. Herbert pisał jakieś 50 lat temu, że w okropnej jak wielki cyrk bazylice jedynie freski Altichiera w kaplicy św. Jakuba zasługują na uznanie. Tak dokładnie jest.
Niedoczekanie moje to wizyta w przylegającym do budynków kościoła Oratorium św. Jerzego, którego ściany pokrywają freski scen z życia Chrystusa, św. Łucji, św. Katarzyny Aleksandryjskiej i św. Jerzego. Majstersztyk, który odkrywamy scena po scenie. Przez 20, może 30 minut jesteśmy jedynymi osobami w miejscu, które za krótkich czasów Napolena zamieniono w stajnię i skład broni.
Całodniowy dyżur pełni jedynie Bazylika św. Antoniego. W tłumie grup pielgrzymów niknie cały majestat miejsca. Grób św. Antoniego jest pilnie strzeżony i oblegany, bo każdy chce spędzić przy nim minutę i znaleźć utracony spokój. Herbert pisał jakieś 50 lat temu, że w okropnej jak wielki cyrk bazylice jedynie freski Altichiera w kaplicy św. Jakuba zasługują na uznanie. Tak dokładnie jest.
Niedoczekanie moje to wizyta w przylegającym do budynków kościoła Oratorium św. Jerzego, którego ściany pokrywają freski scen z życia Chrystusa, św. Łucji, św. Katarzyny Aleksandryjskiej i św. Jerzego. Majstersztyk, który odkrywamy scena po scenie. Przez 20, może 30 minut jesteśmy jedynymi osobami w miejscu, które za krótkich czasów Napolena zamieniono w stajnię i skład broni.
Nie dziwi mnie duża ilość pielgrzymów z Polski, ani napisy po polsku. Niewielki plac tuż na prawo od katedry nosi imię św. Maksymiliana Kolbe, podobnie jak jedna z wielu kaplic. Nie możemy też nie wstąpić do kościoła św. Justy, patronki miasta. Monumentalna i lekko przytłaczająca, cała poświęcona kultowi świętej. Za to posadzkę pamiętam do dziś. Podobnie jak Duomo, które odwiedzamy w drodze powrotnej. Uwaga na marginesie - im bardziej spektakularna jest bryła kościoła, tym mniej interesujące wnętrze.
niedziela, 27 września 2015
Spacer w chmurach po tamtej stronie Ferrary
Jasne skojarzenia. Savonarola, Herbert, Antonioni. Docieramy do Ferrary lekko po godzinie 16. Na 'dzień dobry' dwa rozczarowania natury skrupulanta. Nie widzę na stacji tabliczki 'Ferrara', więc muszę zawierzyć głosowi anonsującemu przystanek. Drugie, przez cały czas na próżno wypatruję herbertowskich długich jak greckie łodzie obłoków nad Ferrarą. W zamian doznaję pierwszego w życiu obrazoburczego rozczarowania błękitem. Ponownie muszę zawierzyć głosowi Herberta.
Pomijam fakt, że Ferrara również nie zadbała o podróżnych pragnących pozbyć się balastu w postaci nadbagażu i oddania go przechowalni. Walizeczka zwiedza ze mną. Już na dworcu zdumiewa mnie, że mało która z zaczepianych osób mówi po angielsku, co nie jest żadną przeszkodą w uczynności nieznajomych. Sympatyczna zaczepiona pani gotowa jest kupić nam bilety by autobus nie odjechał zanim same to zrobimy. Wysiadamy przez pomyłkę przed Zamkiem Castello Estense. Tam, na dworze światłych d'Estów narodziła się poezja wędrownych pieśniarzy i poetów odrodzenia Ariosta, Boiarda, Tassa. Łatwiej to ogarnąć na odległość, ale na pewno nie stojąc tam oko w oko z otoczonym fosami obszernym zamkiem. Nieoczekiwana bliskość i nagromadzenie historii zazwyczaj wprowadza wewnętrzne zamieszanie. Standard. O Torquato Tasso zazwyczaj myślę za każdym razem, gdy mijam rzeźbę Tankreda i Kloryndy we wschodniej części moich ukochanych o każdej porze roku Łazienek. W Ferrarze jest to pojedyncza myśl w natłoku wrażeń, nazwisk, historii.
Serce bije szybciej, wąskie uliczki zagęszczają się, mowa domów jest niewyraźna. Kostka brukowa wyznacza trasę. Zdaniem Herberta Ferrarze jest najbliżej do Lwowa, 'zrabowanego miasta ojców'. Nie mam jeszcze wtedy porównania, więc staram się jak najwięcej poczuć, spamiętać. Utrwalić obraz, który kiedyś przyjdzie mi porównać. Do tamtej chwili znam ją jako miasto pełne renesansowych kamienic, wpisaną na listę UNESCO zagadkę mediewistów, czy pielgrzymów śladami Savonaroli. Kupa słów z książek. Zero wrażeń i poznania zmysłowego.
Późnopopołudniowa pustawa Ferrara. Pora powrotów z pracy, bez zostawionej w Anglii gwałtowności, pośpiechu, agresji godzin szczytu w pędzie do domów. Nagle wkraczamy na prostokątny plac mając u swych stóp masywną bryłę katedry św. Jerzego i długą uliczkę, nad którą rozpostarte są, dobrze znane z fotograficznych twarzy miasta, kolorowe parasole. Z ulgą stwierdzam, że katedra jest otwarta. Z braku skłonności hołdowania banałom napiszę, że jest przepiękna, romańska po kądzieli. Trochę niedostępna, schowana pod rusztowaniami odkrywa swe wnętrze powoli, bez oporów. Ciemne malowidła ścienne przechodzą obecnie zabiegi odmładzająco-liftingujące. Spędzam w środku dobre pół godziny, długie życząc wszystkiego co najlepsze komuś, kto bardzo daleko obchodzi tego dnia urodziny.
Szczęśliwy święty Jerzy
z rycerskiego siodła
mógł dokładnie ocenić
siłę i ruchy smoka...
„Potwór Pana Cogito", Zbigniew Herbert
Nad wejściem góruje św. Jerzy walczący ze smokiem. Płaskorzeźba znajduje się na tyle niewysoko, że można bez wytężania wzroku i zadzierania głowy wpatrywać się odczytując fragmenty przebicia włócznią. Powyżej scena przedstawiająca Sąd Ostateczny. Tu już trzeba uwagi i wodzenia oczyma, by wytropić przewodnikowe szczegóły. Na ścianie budynku sąsiadującego z katedrą znajduje się tablica poświęcona Kopernikowi. Czy nie za dużo tu śladów jak na jeden rok?
W ostatnich dniach przed wyjazdem towarzyszył mi Paweł Muratow. W swoim "historyczno-sztucznym" przewodniku po północnych Włoszech „Obrazy Włoch Florencja" zaliczył Ferrarę do miast umarłych.
„Ferrara leży między Wenecją i Florencją. Tylko nieliczni z podróżnych, którzy przemierzają tę drogę, zatrzymują się tu na dzień lub dwa. ... I dopiero wielokrotnie powtórzona nazwa małej stacji kolejowej coś nam nagle przypomina, dźwięczy w niej bowiem echo wielu słów odrodzenia. Podróżny, który wysiądzie na tej niewielkiej stacji, już od pierwszej chwili przestaje żałować swojego postanowienia. Aleja wiodąca ku miastu, zaciszne ulice wyłożone kamienistym brukiem, w których szczelinach rośnie trawa, place zalane słońcem, śpiące pałace i dźwięk starego dzwonu sprawiają, że ogarnia nas tu głęboki spokój... Oprócz Ferrary jednak ani jedno z tych miast nie pozwala nam w sposób tak doskonały na obserwację owego wzniosłego widowiska, jakim jest naturalny proces obumierania rzeczy, które niegdyś uosabiały wierzenia, namiętności i talenty ludzkie. Ferrara umilkła, a milczenie nigdzie nie stało się tak majestatyczną oznaką śmierci jak właśnie w tym mieście, gdzie tylu poetów układało swoje pieśni."
Ferrara za nic nie wpisuje się do grona miast umierających codziennie na nicość. Dla mnie jest raczej z tych, które coś ukrywają. Niemal od progu uderza mnie atmosfera wyciszenia, marzenia sennego. Ulice są wyludnione, zdarzają się pojedynczy przechodnie, kilka samochodów. Cisza jak ta zawsze zdobywa moje wędrowne serce. Tam bardziej czuję niż widzę. To miasto jest czymś więcej niż w istocie jest albo wydaje się być. Pozornie mieszka tam tylko pustka, ale boczne ulice skrywają magiczną twarz miasta. Być może jest to zupełnie zwykłe miasto o jakim przewodnik wspomni kilka łaskawych słów. Takie Rovigo bez znaków szczególnych. Na czwartym kilometrze przeżywania przestrzeni kiedy zmierzamy do Pałacu Beztroski, Pałacu Schifanoia wieczorne światło ogrzewa plecy i ulubioną czerwoną cegłę budynków. Przez chwilę czuję się jak w moim miasteczku na skraju mapy. Na jednej z ulic zaczepiam jegomościa wychodzącego właśnie z mieszkania. Przemiły akademik z burzą ciemno-siwych włosów i drucianymi oprawkami. Konwersujemy chwilę, wskazuje drogę dodając co musimy zobaczyć i odjeżdża na rowerze. Citta della bicicletta.
Zamknięty Pałac daje chwilę odpoczynku na zielonym, otoczony murem dziedzińcu. Blisko wejścia mieści się urocza kawiarenka, może raczej niewielki bar. Otoczony drzewami w mającym się ku spoczynkowa słońcu wygląda jak wykradziony z czarodziejskiego ogrodu. Takiego z dobrą muzyką i śmiechem przy winie. Ten zakątek jest dla mnie namiastką tego, co ponownie niedostępne jest niepokornym przybywającym mocno za późno na obejrzenie wnętrz Pałacu. Wyobrażam sobie, że pałacowe freski Cossy (trzy z dwunastu - marzec, kwiecień, maj) wiosennie wychodzą do nas "po godzinach" w postaci radosnej twarzy tego magicznego miejsca.
Jak pisze Muratow - Ferrara jest ojczyzną marzenia. Nie bez kozery klimat kilku filmów Antonioniego, syna Ferrary, przypomina o onirycznym duchu miasta. Istniejącego nie do końca. Mam wrażenie, że tam, gdzie nie dzieje się nic, dzieje się najwięcej. A dream within a dream.
Ostatni film, "Po tamtej stronie chmur" już od sceny z samolotu (spokojnie, John Malkovich ma chyba pasy:) oddaje ten nienazwany klimat ciszy Ferrary. Reszta jest niedopowiedzeniem. Spóźnioną obserwacją. Jak twierdzi Antonioni w prologu, historia związku, który trwał przez lata, ale nigdy nie istniał może być zrozumiana jedynie przez tych, którzy z Ferrary pochodzą.
...próbuję osiągnąć ciemność i ciszę. To w ciemności rzeczywistość się rozświetla i w ciszy, dokąd głosy docierają z zewnątrz.
Nie zmieniamy się wraz ze światem, zawsze pozostaniemy w teraźniejszości oszukując się, że zmieniliśmy się wraz ze światem, obawiam się, że pozostaniemy niezmiennie sobą, takimi jakimi przyszliśmy na świat.
Pojedyncze myśli, tak bliskie. Podobnie jak opowiedziane bez słów trochę tragiczne historie ludzkich bezradności i niespełnienia. Stan zawieszenia, we mgle, uwięzienia w momencie życia, podobnie jak te chwile w samolotowym foteliku na wysokości kondensuje mój stan duszy ilością myśli i przeżyć. Niespiesznie (kocham to słowo;) i na siedząco. Bezwiedny spacer w chmurach sprzyja duchowym wędrówkom i nie ma nic z monotonii zmęczenia jednostajnością. W którejś z historii filmu pada poniższa wymiana zdań:
... they'd been walking too fast.
They'd left their souls behind. Their souls?
It's wonderful! It's like us.
We go rushing around...and lose our souls.
We should wait for them.
To do what?
Everything that seems pointless.
Życie w drodze ma barwę tymczasowości. Między zachwytem a zachwytem trwa budowanie punktów zaczepienia, rozciąganie nici do nawlekania myśli o powrocie. Kiedyś, kiedyś później. Jedyny towar deficytowy to czas. Stąd koncesje, limity i bany. Wieczne zapasy z czasem i ćwiczenie się w niewdzięcznej sztuce kompromisu. Pospieszne dodawanie miejsc do ulubionych, niejasne i naprędce złożone obietnice powrotu. Jednym cięciem zostawiam wiele miejsc na później. Sentymentalizm versus dramaturgia 'tu i teraz'. Chaos nomada i próby zatrzymania czasu na kilka minut w podróżnym pośpiechu to mój stały stan drogi. W efekcie osiągam wieczne niespełnienie i zatracenie. Za to we snach często wędruję ulicami odwiedzonych miast.
Podobnego uczucia 'pomiędzy' doznaję, gdy zza okienka samolotu spoglądam na swobodny przepływ obłoków, barw i kształtów. Obrazy przesuwają się, podniebny spektakl trwa. Wpatruję się w nie w półuśmiechu, ale nigdy nie zdążam uchwycić momentu stawania się. Magii przechodzenia, którą czuję, ale nie umiem złapać. Może to ja, a może chmury. Idą za szybko. Irracjonalne podglądanie tego, co ulotne i nietrwałe chyba nigdy nie przestanie mnie fascynować. Gdy to piszę spoglądam przez okno ku niebu. Przelatujący samolot niknie właśnie w białej chmurze. Niesamowite uczucie kilkusekundowego zestrojenia ze światem. Zatrzymanie świata aż po samą duszę. Transcendencja mieszka wysoko. Po tamtej stronie chmur.
Wyjazd z Ferrary trwa nieskończoność, czyli tyle, ile oczekiwanie na pociąg do Wenecji przez Padwę. Dwugodzinne oczekiwanie na peronie przynosi niemal niemożliwy widok nieba po zachodzie słońca. Niespodziewany. Najbardziej ulotny - zawieszone nad torami pasma kolorów. Pojawiają się wreszcie obłoki nad Ferrarą. Za nieco ponad dwie godziny mam urodziny i najpiękniejszy prezent - znak nadziei, która przyszła z góry (czytaj: chmury).
Białe
podłużne jak greckie lodzie
ostro ścięte od spodu
podłużne jak greckie lodzie
ostro ścięte od spodu
bez żagli
bez wioseł
bez wioseł
kiedy po raz pierwszy
zobaczyłem je na obrazie Ghirlandaja
sądziłem
ze są tworem wyobraźni
fantazją artysty
zobaczyłem je na obrazie Ghirlandaja
sądziłem
ze są tworem wyobraźni
fantazją artysty
ale one istnieją
białe
podłużne
ostro ścięte od spodu
podłużne
ostro ścięte od spodu
zachód narzuca im kolor krwi
miedzi
złota
i niebieskiej zieleni
miedzi
złota
i niebieskiej zieleni
o zmierzchu
posypane
drobnym
fioletowym
piaskiem
posypane
drobnym
fioletowym
piaskiem
suną
bardzo wolno
bardzo wolno
są prawie nieruchome
„Obłoki nad Ferrarą"
Zbigniew Herbert
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























