Wspominać znaczy ożywiać, uobecniać. Nadawanie myślom kształtu słów nie jest łatwe, gdy te jeszcze żyją gdzieś wewnątrz, obracają i formują obrazy z emocji zupełnie jakby były w okresie przejściowym, nie całkiem zdolne do samodzielnej egzystencji, trwające gdzieś między 'ustami a brzegiem pucharu' :)
Podobnie mam z opisaniem wyjazdu do Holandii. Kraj z pozoru łatwy do etykietkowania banalnymi kluczami skojarzeń. Wiatraki, tulipany, kolor pomarańczowy, kanały, sery i wafle... Tak powszechnie i skrótowo myśli się o ojczyźnie malarzy flamandzkich, o terenie nadmorskim, niskim, płaskim i zielonym. Jadąc, poniekąd śladami Herberta, ale głównie szlakiem obrazów, przed którymi chciałam choćby przystanąć, gdy te być może przemówią do mnie, jeszcze przed lądowaniem, zastanawiałam się, czy spotkam światło znane z płócien, i czy szybko zmieniające się tło i chmury kłębiaste bedą choć trochę bliskie ich opisom zapisanym gdzieś w mej marnej fotograficznej pamięci przypominającej bardziej zamazane impresje panteisty.
Przezornie, niczym niewierny Tomasz, przyjęłam postawę duszy powątpiewającej w prawdę nienamacalną - 'nie uwierzę dopóki nie zobaczę'. Objawienie przyszło przez zmysły, zostawiając rozum w pozycji pochylonego w pokorze, niegodnego zwyczajnego piękna rzeczy niepojętych.
Tamte, pierwsze chwile na holenderskiej ziemi przyniosły natychmiastową, niewymuszoną odpowiedź, że 'tu jest tak naprawdę, jak na szesnastowiecznych obrazach Dawnych Mistrzów, gdzie tłem scen zwykłego życia bez pośpiechu bywa niebo tak wielu barw i wymiarów'.
