Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herbert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herbert. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 listopada 2015

u Giotto, w Padwie

Dzień urodzinowy w Padwie rozpoczął się dosyć wcześnie, bo od wizyty w Kaplicy Scrovegni wyposażonej od niedawna w system pomiaru temperatury. Komfort obcowania z XIV-wiecznymi freskami zdobiącymi wnętrze kościoła na Arenie podlega odgórnej, surowej reglamentacji czasowej (30 minut) oraz towarzyskiej (każda grupa to najwyżej 25 osób). Bilety wstępu należało zarezerwować z wyprzedzeniem. Ale czego się nie robi dla ocalenia tego, co opowiedział Giotto 700 lat wcześniej. 

Zanim rozpoczniemy ucztę zbiorowo ulegamy przymusowej, 15-minutowej aklimatyzacji w pomieszczeniu przechodnim oglądając film o kaplicy. Wmarsz, a potem wymarsz grupy zwiadzajacych odbywa się sprawnie. Drzwi do kaplicy otwieraja się i zamykają automatycznie dwa razy na godzinę. Wszystko to by ustabilizować mikroklimat. Kaplica jest przestronna, możnaby powiedzieć, że to kościółek kiedyś przyległy do pałacu rodziny Scrovegni. Od wejścia uderza kontrast chabrowego nieba sufitu, bardzo podobnego do tego w krakowskich kościołach: Mariackim i Franciszkanów, z rozmieszczonymi równolegle na obu ścianach scenami biblijnymi. Charakterystyczny kolor Lapis lazuli akwamaryna, był najlepszym i najdroższynm barwnikiem średniowiecza sprowadzanym z terenów dzisiejszego Afganistanu. Naocznie potwierdzona 700-letnia gwarancja trwałości :)

Fresk tuż nad drzwiami wejściowymi przedstawia jedną z piękniejszych scen sądu ostatecznego nad rzędami nagromadzonych postaci. Radosne twarze po lewej, zwrócone ku górze, uchwycone są tuż na moment przed oderwaniem się od ziemi. Po prawej panuje chaos. Prawdopodobnie to pierwsze odtworzenie piekła wg wizji Dantego. Można powiedzieć, że freski powstawały "na gorąco", bo Dante i Giotto spotkali się prawdopodobnie podczas prac w kaplicy pomiedzy latami 1304-1308. Spojrzeniom na wysokie sufity towarzyszy mój  cichy podziw niebywałych zdolności ekwilibrystycznych ówczesnych. Jeszcze nie wiem, że ta myśl będzie wracać ze zdwojoną intensywnością przez najbliższych kilka dni. 

"Czemu Giotto jest ważny dla sztuki włoskiej?

 Bo wynalazł perspektywę. 

Per-spek-ty-wę!"  - powtarzając za Amarcord (scena od 3:40)


Mój trud zwiedzania kaplicy polega na próbie opanowania oszołomienia, typowej reakcji na nagromadzenie piękna, świadomości czasu i mocy prostoty każdej z tych kompaktowych scen fresków. Na pierwszy rzut oka to prostota i symetria. Ogrom niuansów, ale postaci Giotta wymykają się schematom prymitywistów, a stan ducha maluje się na twarzach. W byle kącie nachylenia sylwetki jest tyle ekspresji i niewypowiedzianych słów, mimo upływu lat tak po ludzku czytelnych i dziś. Każda twarz, choćby zwrócona jedynie profilem, podobnie jak w sztuce bizantyjskiej, ukazuje napięcie. Pochylone głowy, przymknięte oczy. Zatrzymane bezgłośne emocje, byle grymas muśnięcia pędzla tworzy nastrój opowiadanych scen, pozornie niemych dramatów. Precyzja minimalisty, "ojca malarstwa włoskiego". "My z niego wszyscy" powiedzą nam w kolejnych godzinach i dniach lokalni malarze trecenta i quatrocenta. Ściana północna ma cztery okna przez co sceny zdjęcia i wczesnego życia Jezusa naprzeciwko oglądam w porannym świetle, mrużąc oczy i wysilając wzrok. Najmocniejsza jest chyba scena pocałunku Judasza. W elektryzującym spojrzeniu Jezusa jest niebywały spokój. Jest niezwykła moc i siła w tym niewielkim trójkącie oka. Ciężko wyłowić inne szczegóły. Próbuję doszukać się tych, na które zwraca uwagę Paweł Muratow. Szukam więc tkliwości linii palców Maryi w scenie narodzenia Chrystusa. Trochę na próżno, bo bombarduje mnie bezruch spojrzeń i gestów. Skupienie potrzebne od zaraz. Wniosek na marginesie prosty - lornetka we Włoszech naprawdę może się przydać, chyba, że chodzi o odtworzenie siedmiu cnót i grzechów głównych. Te są umieszczone na najniższym poziomie, niemal na wysokości głów obecnych.

Po poranku z Giotto ciężko powrócić do życia i naprawdę przewędrować miasto. Ulice Padwy rozgałęziają się w ożywione zakamarki, place pełne straganów, owoców, turystów. Zmierzamy ku Duomo, ale najpierw na urodzinowe wege śniadanie, po którym czujemy, że południowe słońce szaleje mocno jak na piątek przystało. Potem dłuższa chwila w chłodnym baptysterium, gdzie freski Menabue przypominają mi bardzo te w lubelskiej kaplicy św. Trójcy. 








Pora siesty to pora zamykania drzwi i okiennic. Właśnie wtedy, kiedy słońce wysoko ruszamy śladami Herberta. Idąc ku południu obchodzimy Duomo, za którym odkrywam dom i ogród Petrarki. 


Całodniowy dyżur pełni jedynie Bazylika św. Antoniego. W tłumie grup pielgrzymów niknie cały majestat miejsca. Grób św. Antoniego jest pilnie strzeżony i oblegany, bo każdy chce spędzić przy nim minutę i znaleźć utracony spokój. Herbert pisał jakieś 50 lat temu, że w okropnej jak wielki cyrk bazylice jedynie freski Altichiera w kaplicy św. Jakuba zasługują na uznanie. Tak dokładnie jest. 









Niedoczekanie moje to wizyta w przylegającym do budynków kościoła Oratorium św. Jerzego, którego ściany pokrywają freski scen z życia Chrystusa, św. Łucji, św. Katarzyny Aleksandryjskiej i św. Jerzego. Majstersztyk, który odkrywamy scena po scenie. Przez 20, może 30 minut jesteśmy jedynymi osobami w miejscu, które za krótkich czasów Napolena zamieniono w stajnię i skład broni. 






Nie dziwi mnie duża ilość pielgrzymów z Polski, ani napisy po polsku. Niewielki plac tuż na prawo od katedry nosi imię św. Maksymiliana Kolbe, podobnie jak jedna z wielu kaplic. Nie możemy też nie wstąpić do kościoła św. Justy, patronki miasta. Monumentalna i lekko przytłaczająca, cała poświęcona kultowi świętej. Za to posadzkę pamiętam do dziś. Podobnie jak Duomo, które odwiedzamy w drodze powrotnej. Uwaga na marginesie - im bardziej spektakularna jest bryła kościoła, tym mniej  interesujące wnętrze.





Mamy jeszcze chwilkę na odwiedzenie uniwersytetu i kościoła Eremitani, gdzie na próżno staram się doszukać fresków Mantegni. Znajdujemy ... tablicę poświęconą Janowi Kochanowskiemu. 

Konkluzja dnia  - niemoc wędrowania przychodzi kiedy słońce jest najwyżej.








środa, 19 sierpnia 2015

Bądź jak Grek Zorba

...ale to nieustannie trawiące mnie marzenie, by ujrzeć na własne oczy jak najwięcej lądów i mórz, zanim umrę.
Grek Zorba
 

niedziela, 12 lipca 2015

Czasem deszcz, czasem słońce-Amsterdam

Rzeczy pierwsze. 


Dwa dni na Amsterdam. Niewiele, gdy jesteś w mieście po raz pierwszy, chcesz zobaczyć 'wszystko' i zrobić to per pedes. Pierwszy raz chodziłam po mieście z mapą i przewodnikiem. Pierwsze wrażenie miało smak trochę 'gdański'. Geometryczne fasady kamieniczek ciasno oplatające pierścienie kanałów, po kilku godzinach krążenia po części północnej pozostawiają w pamięci architektoniczny wynik pomnożenia długiego targu i ulicy Mariackiej razy kilkadziesiąt czyniąc niemałe zamieszanie w mojej wewnętrznej mapie Gdańska i Amsterdamu. W szufladce pamięci o Amsterdamie wyrósł kanał. Długie jego ciągi, poprzecinane mostami o długich nazwach, których trwalszego przyswojenia odmawia moja zazwyczaj dobra pamięć tak niechętna innemu niż polskiemu sąsiedzkiemu nagromadzeniu spółgłosek.

poniedziałek, 18 maja 2015

Rotterdam per pedes

Rotterdam kojarzył mi się zawsze z miastem z planszy gry Eurobiznes. Prawie totalnie zniszczony podczas wojny, jawił się jako miejsce dalekie od idealnego celu podróży. Nie przepadam za miastami wysokich szklanych wież, tych betonowych, bezdusznych dżungli bez drzew. 



czwartek, 14 maja 2015

O niebie nad Holandią i tym, czym byłby świat bez ram

Wspominać znaczy ożywiać, uobecniać. Nadawanie myślom kształtu słów nie jest łatwe, gdy te jeszcze żyją gdzieś wewnątrz, obracają i formują obrazy z emocji zupełnie jakby były w okresie przejściowym, nie całkiem zdolne do samodzielnej egzystencji, trwające gdzieś między 'ustami a brzegiem pucharu' :) 

Podobnie mam z opisaniem wyjazdu do Holandii. Kraj z pozoru łatwy do etykietkowania banalnymi kluczami skojarzeń. Wiatraki, tulipany, kolor pomarańczowy, kanały, sery i wafle... Tak powszechnie i skrótowo myśli się o ojczyźnie malarzy flamandzkich, o terenie nadmorskim, niskim, płaskim i zielonym. Jadąc, poniekąd śladami Herberta, ale głównie szlakiem obrazów, przed którymi chciałam choćby przystanąć, gdy te być może przemówią do mnie, jeszcze przed lądowaniem, zastanawiałam się, czy spotkam światło znane z płócien, i czy szybko zmieniające się tło i chmury kłębiaste bedą choć trochę bliskie ich opisom zapisanym gdzieś w mej marnej fotograficznej pamięci przypominającej bardziej zamazane impresje panteisty. 

Przezornie, niczym niewierny Tomasz, przyjęłam postawę duszy powątpiewającej w prawdę nienamacalną - 'nie uwierzę dopóki nie zobaczę'. Objawienie przyszło przez zmysły, zostawiając rozum w pozycji pochylonego w pokorze, niegodnego zwyczajnego piękna  rzeczy niepojętych. 

Tamte, pierwsze chwile na holenderskiej ziemi przyniosły natychmiastową, niewymuszoną odpowiedź, że 'tu jest tak naprawdę, jak na szesnastowiecznych obrazach Dawnych Mistrzów, gdzie tłem scen zwykłego życia bez pośpiechu bywa niebo tak wielu barw i wymiarów'. 

niedziela, 29 marca 2015

Do Oliwy Drogą

Dziś będzie o tym, że zawsze warto i że głupi ma szczęście, mimo braku oliwy. I o Herbercie. Przy okazji zapraszam miłych zaglądających do odwiedzenia Głosów Herberta na FB, których jestem 1/2. A teraz do rzeczy ;)

sobota, 21 marca 2015

Przedwiosennym spacerkiem po Lublinie


Ileż razy czekałam na peronie 4. Warszawy Wschodniej na pociąg do Lublina; ilekroć tamtędy przejeżdzam zawsze wspominam te chwile i wypatruję znajomej ławeczki tych z przesiadką

Zapomniałam zupełnie, że Lublin lubi deszczyk i chłód. Wspomienia pogodowych kaprysów ściany wschodniej wróciły do mnie tuż przed 10. rano, gdy tylko postawiłam nogi na lubelskiej ziemi. Przygotowałam się i na to wyposażając w wariant ubraniowy optymistyczny na +10 i nieco bardziej zimowy, poniżej 5 stopni. 

czwartek, 5 marca 2015

O czym śnią Templariusze?

Spoglądam na spoczywających szesnastu prawie co tydzień. Śpią spokojnie snem wypoczywających 'w pozycji, w której położyli ich rzeźbiarze' czujnie, z mieczem przy boku, trochę przekornie z nogą założoną na nogę, tak jak i ja lubię. W zamierzeniu mieli chronić pielgrzymów, wieki później zdaje się, że role się odwróciły. 


poniedziałek, 16 lutego 2015

Z wyrafinowaną namiętnością, po włosku

Planowanie, na szybko urodzinowego wypadu do Włoch, śladami Herberta, a jakże, dokonuję po trochu z kopią „Barbarzyńcy w ogrodzie", a tam takie kwiatki przynoszące bumerang wspomnień i myśli... :)

sobota, 14 lutego 2015

Serce nie jest do zabawy, trzeba dać mu mocnej kawy


Widok latarni morskiej w Sopocie podczas niedawnej wyprawy 'śladami Herberta' przypomniał mi fragment krótkiego eseju z „Barbarzyńcy w podróży" opisującego wyprawę Herberta łodzią rybacką na wyspę Holy Iona znajdującą się w północno-zachodniej części Szkocji, przy wyspie Mull.



„Po kolacji gospodyni poprosiła mnie, abym postawił małą lampkę w oknie wychodzącym na Holy Iona. Taki jest zwyczaj. Nocą światła obu wysp rozmawiają ze sobą.


Nie wiadomo, co przyniesie przyszłość i jak długo trwać będzie rozdarcie świata. Ale dopóki w jedną bodaj noc w roku światła tej ziemi będą się pozdrawiały, niecała chyba nadzieja jest pogrzebana."



Podobnie bywa ze spotkanymi, nierzadko przypadkiem, ludźmi, którzy pojawiwszy się choć na krótko w naszym życiu odchodzą, ale raz zapalone przez nich światło pozostaje. I ta jasna, pogodna obecność, która niegdyś podarowała tak wiele piękna, teraz skrada uśmiechy i momenty, jest tematem myśli, powraca między ciszą, czasem między słowami.


Gdzieś na świecie właśnie zapada zmrok, gdzieś wstaje słońce, komuś zabije mocniej serce, światła wysp porozmawiają ze sobą...


Dawne, niedawne




Wróciły dziś do mnie nad ranem



Jak z nieba zgubione jaskółki

Na długą niepamięć skazane

Nasze dawne zabawne pocałunki
Te znad rzeczki te z łąki te z lasu

Te pospieszne, bo nie ma już czasu

Te gorące zdyszane i te senne nad ranem

Te liryczne i śliczne i pornograficzne
Te kradzione od żony

I te kłamstwem słodzone

Tamte z klatki schodowej i z windy

Te miętowe i te anyżkowe

I te inne od innych

A na końcu te troszkę mokre od łez

Po których nie ma już śladu

A przecież jest

A. Osiecka

niedziela, 25 stycznia 2015

Na wszystkie moje niepogody

Znalazłam w prezencie gwiazdkowym od brata 'Herbert nieznany' fragment - modlitwę Tomasza Morusa, który od pierwszego przeczytania przemówił do mnie, tak jak czasem się dzieje, gdy słowa, obrazy czy dźwięki trafiające do nas przypadkiem są jak plaster miodu dla obolałej duszy albo raczej jak świeże powietrze przez otwarte okno tak aż do serducha. 




Ilekroć to czytam balonik mojego ego dostaje trochę po głowie ;)

'Zechciej mi dać duszę, której obca jest nuda,
która nie zna szemrania, wzdychań i użaleń

i nie pozwól, ażebym kłopotał się zbyt wiele

wokół tego panoszącego się czegoś,

które nazywa się "ja".


Panie, obdarz mnie zmysłem humoru.
Daj mi łaskę rozumienia się na żartach,
ażebym zaznał w życiu trochę szczęścia,
a i innych mógł nim obdarzać.'

Śladami Herberta w Warszawie



"Opuszczając jakieś miejsce zostawiamy tam cześć siebie. Zostajemy tam, mimo, ze je opuściliśmy. I istnieją w nas rzeczy, które możemy odnaleźć ponownie tylko wtedy, gdy tam wrócimy. Podróżujemy wgłąb siebie jadąc do miejsca, w którym pozostawiliśmy kawałek własnego życia i nie ma znaczenia, ze jest on niewielki. Ale podróżując wgłąb siebie musimy zmierzyć się z własną samotnością i czyż nie jest tak, ze wszystko co robimy, robimy ze strachu przed samotnością, czy nie dlatego wyrzekamy się wszystkich tych rzeczy których będziemy żałować pod koniec życia?"
'Nocny pociąg do Lizbony' P. Mercer

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Wolne miasto Gdańsk

Gdańsk trafił mi się późnym popołudniem i już po zmroku z racji czasu zimowego. W styczniową jasną noc...  Spacery nocami miast albo raczej miastami nocą, kiedy światło jest przewodnikiem, drogowskazem i celem mają coś z tajemnicy pierwszych wizyt w miejscach dotąd nieznanych, świeżości spotkań z jego wnętrzem, jakby pozwalało się ponownie i odkryć i dać zagubić, pobłądzić i pobyć przez chwilę turystą.

W drodze powrotnej z Sopotu, zrezygnowawszy z wizyty w Oliwie i w Grass'owskim Wrzeszczu, miałam kilka godzin na nieobcy mi Gdańsk, gdzie postanowiłam odwiedzić miejsca mniej znane i uczęszczane - pierwszy był kampus Uniwersytetu Gdańskiego na Przymorzu. Dowiedziałam się niedawno, że w nowo otwartym budynku biblioteki uniwersyteckiej odsłonięto tablicę pamięci Herberta, który w latach 70. wykładał tam na polonistyce i zapragnęłam ją zobaczyć. Podobno bardzo tematyczne i specjalistyczne mogły okazać się niemałym rozczarowaniem dla licznie uczęszczających na pierwsze spotkania słuchaczy, ciekawych 'poety'. Kilka wspomnień studentów pamiętających jest dostępnych tutaj. Całkiem odpowiadają niepokornej naturze Herberta, którego nie zadowalało 'głaskanie po plecach' i zaspokajanie oczekiwań. Wierność konkretowi, droga pod prąd, całkiem semantyczne podróże do źródeł - oryginałów wierszy i sięganiu głębiej ponad to, co banalne i bezkrytycznie powielane mogło nie przysparzać uwielbienia mas.

Nowy gmach biblioteki prezentuje się okazale budząc uśmiech z powodu pewnych zewnętrznych elementów elewacji. 

Zaś mijając budynek wydziału prawa zdałam sobie sprawę, że gdyby moja pamięć cyfr była nieco bardziej doskonała :) i nie mieszała parzystych i nieparzystych mogłabym być równie dobrze absolwentką UG zamiast KUL-u.

środa, 7 stycznia 2015

Malachitowa łąka morza



'Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na poszukiwaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu' - M. Proust.

Nie jeżdżę na wycieczki od czasów objęcia obowiązkiem szkolnym i przymusowego uczestnictwa w zorganizowanych wyjazdach do narzuconych miejsc przeznaczenia odwiedzanych wg skrzętnego planu działania opracowanego przez kadrę dowodzącą. Moje  obecne wędrówki mają charakter spontaniczny, są w dużej mierze 'przy okazji', często wiodą śladami... ostatnio szlakiem polskich pisarzy i poetów. Zwykle mają formę skromnych wypadów będąc karkołomną próbą pogodzenia odwiedzenia wybranego miejsca z czasem, który sprawiedliwie acz okrutnie nadaje rytm i ostateczną formę takim małym wydarzeniom z kategorii 'w drodze'. 
Są miejsca, do których ciągnie mnie jakiś instynktowny 'zew natury', pielgrzymuję dla nie samych dostając więcej niż bym oczekiwała,   dla duchowo-wizualnego doświadczenia tajemnicy. Jeśli istnieje 'miłość od pierwszego wejrzenia' to w moim wypadku zawsze zaczyna się od fascynacji czymś tak zwykłym i zarazem niezwykłym, jak spotkanie z kolorem, wędrówką światła, drzewem, lasem, niebem, uderzeniem fal, wczesnym słońcem na świeżym śniegu czy grząskim piaskiem zimowych plaż pod nogami, czyli poezja w wersji praktycznej, nieuładzonej. Tak było i tym razem.
W drodze do Londynu postanowiłam 'zahaczyć' o Trójmiasto.




Dworzec Gdańsk Główny Choć miałam ok.12 godzin, jakiś szkic trasy i miejsc do odwiedzenia, całkiem spontanicznie straciłam głowę już na samym początku, bo jak tu się nie zachwycić pięknem Orłowa
Stacja SKM Gdynia Orłowo
Widok pochłonął mnie całkowicie, jak zawsze przy spotkaniu z pięknem totalnym i kompletnym.

Chciałam zacząć od Gdyni Orłowa, z powodu chęci odwiedzin domku Żeromskiego, spojrzenia na morze i klif oraz kilkukilometrowego spaceru do Sopotu trasą tuż przy plaży Parkiem Koliba, zgodnie z zasadą Pomysłowego Dobromira 'jak pomyślał - tak też zrobiłam'.
Dzień był przepiękny, jasny i słoneczny, do czasu jak się okazało, ale o tym później. Widok morza z drogi prowadzącej do mola wywołał moją natychmiastową i radość.


Trafiłam na porę przedobiadową, stąd droga do molo była raczej pusta a przez to i przyjemna. 
Choć dzień był słoneczny, było też trochę mroźno, jednak nie oszczędzałam rąk na robienie zdjęć i filmików chciałam tak zachłannie i po ludzku zatrzymać i zabrać na potem troszkę tego fascynującego pejzażu. 


Domek Żeromskiego okazał sie być maleńką, uroczą i niedrogą kafejką położoną tuż nieopodal molo. Podobno pobyt w Gdyni był inspiracją dla 'Wiatru od morza'. 

 
Stojąc na brzegu morza wpatrywałam się w intensywny granat wody tak podobny do koloru pewnych uśmiechniętych oczu, ale też i w drobny piasek w poszukiwaniu choćby jednej muszelki. 
 
 
'Zbliżyłem się do niej na palcach i nagłym ruchem przytkałem do ucha. Chciałem złapać ją kiedyś na tym, że nie tęskni jednostajnym szumem' 'Muszla' Zbigniew Herbert

Spoglądając na wybudowane i zawieszone na skarpie domy zdrojowe, za którymi już tylko porośnięty lasem klif, miałam małe skojarzenie z sanatorium w Alpach, gdzie nieplanowanych siedem lat spędził Hans Castorp. 'Czarodziejska góra' to kiedyś moja ulubiona książka, dziś współdzieli miejsce z kilkoma innymi.
Przy wejściu na molo stoi tablica z notkę biograficzną patrona - Antoniego Suchanka, malarza marynisty, który w czasie II wojny brał udział w ratowaniu dzieł sztuki m.in wywiózł do Lublina 'Kazanie Skargi' oraz 'Bitwę pod Grunwaldem'.




Chyba trzeba być 'człowiekiem gór', by nie ulec fascynacji morzem. Osobiście nie rozumiem sztywnego trzymania się przekonania, że 'dla mnie tylko góry/morze*'
*niepotrzebne skreślić ;)
Piękno świata ma charakter stały i uniwersalny, trzeba je tylko dostrzec, zachwyt przyjdzie sam. Taka moja trywialna, prywatna refleksja :)
A jak pisał Stachura 'Mówi Ezra Pound: "Swoją ciekawość świata trzeba nieustannie doskonalić'. 
To jeden z powodów, dla których  wędrujemy.