O ile chyląca się ku upadkowi Lizbona zmęczyła mnie swoim ponuractwem (naprawdę) i stagnacją tak na kolejną podróż czekałam z dużą, nie ukrywam, niecierpliwością, głownie dlatego, że to kolejna wyprawa śladami Herberta. Zamiast Maroko pojawił się plan wypadu do Aten. Teraz wiem, że lutowa desperacja przyszpilona niemiłosiernie panującym mrokiem i zimnem (ale hej, pamiętam ten styczniowo-lutowy festiwal przebiśniegów) w nosie ma początek sezonu turystycznego i upałów w gorącej, jak się okazało też politycznie, Grecji. Wieczorny lot i letnie zapalenie zatok trochę starały się zdegradować mój entuzjazm, ale mimo potwornego bólu uszu tuż przed lądowaniem i ogólnym zasklepieniem dróg górnych, nie daję się. Wysiadamy i jeszcze zanim poczułam temperaturę, jakieś górne 20C, oniemiałam widząc na sąsiednim pasie samolot z napisem. Ale miło! Przez myśl przemyka mi kilka krakowskich migawek, hmm z serii osobowo-muzycznych.
Po blisko godzinnej jeździe lotniskowym autobusem z milionem innych żądnych Grecji na weekend, wysiadamy na placu Syntagma. Życie zdecydowanie toczy się w nocy, a co dziwi najbardziej to czający się w bocznych ulicach wojskowi. Całe autobusy pełne mundurowych, co każe nam myśleć, że weekend, wobec przeciągających się fiask negocjacyjnych z austerity measures w tle, będzie naprawdę gorrrący. Póki co, kolejny raz pokonujemy pół miasta per pedes i z walizką, by dotrzeć do naszego mieszkania przy Placu Barnaby w dzielnicy Pagrati.
Nasza trasa 'do miasta' wiedzie nieopodal stadionu Panathenaic, miejsca gdzie blisko 120 lat temu odbyły się 1. nowożytne igrzyska olimpijskie. Kamienne trybuny wyglądają dość osobliwie otaczając ciasno wąską acz na jakieś 120 m długą powierzchnię bieżni. Wyobrażam sobie, że jest głośno, komplet widzów ciężko utrzymać w ryzach, a dzielni sportowcy wszelkich dziedzin cierpliwie znoszą uczestnictwo w cyrku i narastającą klaustrofobię. Bzdura. Wróć. Moja współczesna perspektywa być może psuje wspaniałe widowisko, jakie kiedyś tu się rozgrywało. W ciągu następnych dni mijamy stadion o poranku i daleko po zmierzchu. Puste trybuny milczą. W każdym świetle panuje tam atmosfera uroczystości, której nie widać. Okolica jest raczej nieskażona niekontrolowaną masą ludzką, poza okazjonalnymi grupami turystów fotografującymi się ochoczo na tle białych sektorów. Większość kryje się w wielkim parku położonym prawie na wprost, gdzie wielkie palmy i cyprysy dają chwilowe schronienie. Gdzieś w oddali widnieje wzgórze Akropolu. Nie sposób się nie uśmiechnąć, że oto jest.
Planów mnóstwo, ale popołudniowy upał odbiera nam energię już w pierwszych godzinach dreptania ateńskich uliczek. Nie chcemy wychodzić z bliskiej Zapejonu restauracji. 36 stopni mocnego słońca. Spoglądając na pobliskie ruiny świątyni Zeusa uzmysławiam sobie, że tu, w Atenach, "pudełko zwane wyobraźnią" poddam wysiłkowi pracy na co najmniej zdwojonych obrotach. Ekwilibrystyka umysłowa i tak towarzyszy potrzebie odtworzenia pierwotnych kształtów tego, co suche opisy przewodników punktują, przypisują chronologii wydarzeń BC i historycznym, antycznym animozjom światów, o których pojęcie dzisiejsze, w tym moje, nikłe i jakieś marne.
Syntagma za dnia to zwykły plac, dookoła którego ciągły ruch samochodów, liczne skrzyżowania i małe ronda. Zmora każdego pieszego. Chyba, że ten akurat mieszka w UK, co podobno łatwo rozpoznać, bo zaraz pcha się, by przekroczyć jezdnię 'na partyzanta'. Zatrzymujemy się na chwilę przed budynkiem Parlamentu i tamtejszym Grobem Nieznanego Żołnierza. Zmiana warty gwardzistów prezydenckich jest nie lada widowiskiem, bez miejscówek i biletów, dodatkowo ku mej uciesze - powtarzalnym i naprawdę wykwintnym. Nie sposób się nie śmiać patrząc na martwe twarze idealnie ubranych żołnierzy monitorowanych przez nadzorującego cały spektakl wąsatego mistrza ceremonii w zielonych spodniach i koszuli. Strój gwardzisty wygląda na moje laickie oko następująco: spódniczka przykryta piaskowym mundurem à la kloszowany płaszczyk z czarnym pasem, kremowe legginsy, wyglądają na niedobrane do pory roku, pomponiaste frędzle poniżej kolan tańczące na tylnej części łydki i buty à la krótkie cockney'e. Wyszukanej, ale gustownej kompozycji dopełnia nakrycie głowy tych przystojniaków - czerwona czapka z, powiedzmy, krawatem po prawej stronie. Uzbrajam się w wiedzę dokonując małego research, żeby zrozumieć skąd ta wymyślna choreografia wysokich wymachów nóg, z przytupem, a jakże, przejścia i półobrotu - wszystko w zwolnionym tempie. Balet dla topornych. To nierobiący sobie z klimatu rodem z Żaru Tropików rośli Ewzoni - piękne pasy, elitarna jednostka żołnierzy piechoty pojawiająca się u Homera. Spódniczka ma 400 fałd dla upamiętnienia 400 lat niewoli tureckiej. Po przejściu i przyjęciu pozycji nieruchomego gwardzisty pan wąsacz poprawia im czapki, wyciera twarze chusteczką, gładzi plisy i kostium, gdy skończy można się z zmarłymi na kolejna godzinę ewzonami fotografować. Uwaga. Pojedynczo i bezgłośnie. Podobnie jak stadion, oglądamy zmiany albo samych gwardzistów prawie codziennie. Kolejny historyczny urok trasy przemawiający do wyobraźni. Chwilę później zaopatruję się w rewelacyjne krople na zatoki, co chyba ratuje mój dalszy pobyt w tym upalnym mieście. Tuż za rogiem ulicy Ermou gromadzą się demonstranci i okoliczni gapie. Zanosi się na marsz.
Na ulicach jest wielu żebrzących, w tym kataryniarz, z którego skrzyni na niewielkim wózku dochodzi rzewna muzyka lat dwudziestych. Ma jedne ze smutniejszych oczu jakie widziałam. Ubrany jest w ciemny garnitur i kapelusz, wolno przeciska się, patrząc nieruchomo w dal, przez kroczący tłum, głównie turystów podążających w stronę Monastiriaki, Agory i Akropolu.
Docieramy do kolejnego skweru przy metrze Monastiriaki. Tam za chwilę napastuje nas, słownie, pan wiążący bransoletki na nadgarstkach. Nie wiemy o co chodzi, ale w odprawianych czarach pojawia się ... Hakuna Matata. Rozglądam się wokół po placu i widzę, że jest ich więcej. Na koniec tej ceremonii prosi o dwa euro, albo coś z serca. Proponuję 'hugs and kisses' skoro życzy sobie czegoś z serca. W zasadzie nie mamy tego dnia w planach zwiedzania. Chcemy gdzieś przeczekać skwar. I tak trafiamy do A for Athens. Rewelacyjny punkt widokowy na poddaszu hotelu. Tam 'rozbijamy obóz' i przywracamy się do życia. Raczę się też herebrtowską 'Próbą opisania krajobrazu greckiego' i 'Akropolem'. Sama przyjemność, bo tenże widzimy jak na dłoni. Jest na tyle daleko, że czekania o odwlekanie wizyty tam, na górze, jest z serii tych kusząco przyjemnych.
Oswoiwszy się trochę z upałem flanujemy bez celu. Po przepysznej kolacji ruszamy na wzgórze Akropolu by pomachać zachodzącemu słońcu. Na horyzoncie pasma gór i chmur w niezwykłych kolorach, rozmazanego lekko pomarańczu i fioletu przykrytych filtrem mglistego światła. Szybko wydobywam z pamięci, gdzie widziałam podobny horyzont pasm górskich oświetlony bardzo delikatnie. Niesamowite zupełnie, do Hiszpanii stąd jest kawałek. Widocznie na niebie panuje inna jednostka miar.
Dzień kolejny to Pireus. Marzymy o Hydrze, ale nasze poranne grzebanie się nie współgra z rozkładem. Z dostępnych tras pozostała Aegina, więc za chwilę w rannym słońcu siedzimy na górnym deku promu. Ponad godzinny rejs ze wszystkimi odcieniami niebieskiego w tle, gdy dobijamy do brzegu woda ma mój ulubiony kolor turkusu, a uśmiech nie schodzi z twarzy.
Po powrocie do Londynu słyszę w radiowej Dwójce relację korespondentki PR. Protesty eskalują, rozmowy trwają, premier Tsipras gra na zwłokę, Bruksela przywdziewa groźną maskę policjanta i przestając grozić palcem wydaje stanowcze komunikaty. Tymczasem w Atenach zamknięte są banki, Grecy demonstrują regularnie za i przeciwko pozostaniu w UE, tu i ówdzie dochodzi do zamieszek, płoną lasy oraz wschodnia część miasta. Jednym słowem temperatura wrzenia, rodem z piekła. Mówi o tym, że wielu ludzi żyje na ulicy i tam zarobkuje. Jednym z nich jest XY, były pracownik floty greckiej. Czwarty rok chowa się przed starymi znajomymi pracując na 'głównym deptaku Aten'. Jako kataryniarz.
Patrzenie na Ateny oczyma Herberta mając je na widoku to musi być niesamowite przeżycie. Kiedy tam byłam nie znałam jeszcze Herberta, a więc moje postrzeganie było "niepełne", a może takiej bardziej moje:) Ty oglądałaś je ze wzgórza Akropolu po zmroku, a ja ze znajdującego się naprzeciwko Akropolu wzgórza (otoczona niesamowitymi agawami) oglądałam jaśniejący bielą marmuru w zachodzącym słońcu Akropol i był to widok, który mocno wrył się w mojej pamięci.
OdpowiedzUsuńA podróż statkiem/promem (czy jakąkolwiek jednostką pływającą) po turkusowych wodach- to miód na moje serce, przypomina rejs promem z Heraklionu na bajkową wyspę wyłożoną białymi marmurami i ozdobioną kolorowymi framugami okiennic.
Wiesz, patrzyłam moimi oczyma pamiętając miejsca, wrażenia i kontrasty 'kraju mocnego slonca'. Nie da sie o tym napisać bo podróż prawdziwa i ta z książki to dwa zupełnie inne przeżycia, tak jak te akropole dzienny i wieczorny.
OdpowiedzUsuńChyba wyraziłam się niefortunnie:) Myślę, po prostu, że takie podbudowane wiedzą/wrażeniami innych mądrych ludzi spojrzenie może być pełniejsze (choć oczywiście nie musi), może zwrócić uwagę na więcej szczegółów. Nie wiem, czemu, ale kiedy czytałam u Herberta o detalach przy wejściu do jednej ze świątyń w Arles to było mi żal, że sama nie zwróciłam na nie uwagi, choć może u mnie nie wywołały by one takich wzruszeń i reakcji. Oczywiście, że tego nie da się opisać tak jak by się chciało, nie da porównać, a jednak próbujemy.
OdpowiedzUsuńWłóczykij:)
OdpowiedzUsuńNawet sobie nie wyobrażasz jak cudowna jest wędrówka z Tobą w tych tropikach, kiedy za oknem szaro i buro i deszcz uderza o szyby. Ta historia z kataryniarzem niesamowita! No i ten widok na Akropol... Zachwyt przeogromny!
OdpowiedzUsuńDziękuję! :) też trochę nie mogłąm w to uwierzyć, że to ta sama osoba...
Usuń