środa, 9 września 2015

Akropol to stan umysłu

Kamień był nie tylko materiałem, ale posiadał znaczenie symboliczne, był obiektem weneracji, a także przedmiotem wróżebnym. Między nim a człowiekiem istniał ścisły związek. Zgodnie z prometejską legendą kamienie łączy z ludźmi węzeł pokrewieństwa. Zachowały nawet zapach ludzkiego ciała. Człowiek i kamień reprezentują dwie siły kosmiczne, dwa ruchy w dół i w górę. Surowy kamień spada z nieba, poddany zabiegom architekta, cierpieniu liczby i miary, wznosi się do siedziby bogów
Z. Herbert, U Dorów


Ateny. Upalne popołudnie i noc wyzuta ze snu nie są wymarzonym tłem do głębokiego zwiedzania i spoglądania, zwłaszcza na wymagającym terenie Agory, która jak równanie z kilkoma niewiadomymi wymaga niejednego podstawienia. Mówiąc językiem współczesnej młodzieży 'wkręcam się' jednak i po chwili mam jakiś obraz tego, co jest jako tego czym było wtedy. Wędrując po tym sporym kawałku półdzikiej zieleni usłanym fragmentami dawnej Agory wyobraźnia jest pomocnym kompanem. Te pojedyncze kamienie wyrastające z ziemi nie przemawiają. Są trochę jak ciało bez duszy. Milczą do mnie. Tekst przewodnika zastępuje ich głos. Beznamiętna wiedza. Tu było, tu stało. 



Najlepiej zachowana, niemal idealna na zewnątrz, jest Świątynia Hefajstosa. Znajoma 'harmonia dorycka dająca spokój duszy' zwalnia na moment od sztuczek architektonicznych gdybań. Pozwala zajrzeć do ciemnego wnętrza. Między ciemnymi, okaleczonymi frontowymi kolumnami czuć śmiertelność doskonałości. Niedostępność tego, co skończone i kompletne przynosi świadomość niesamowitej mocy miejsc zranionych i po walce z czasem. Cisza marmuru prowokuje domysły. Przepaść między nami a antycznymi jest trudna do ogarnięcia. Południowa część świątyni - kolumnada -  wspaniała iluzja i pozornie perfekcyjny układ cienia. Na odchodne. Dopiero na ten widok coś klika. Rozumiem tę mowę zabiegu gry świateł, mrugnięcie oka od starożytnych biorę za głos z przeszłości. 1:0! :)





By przejść pod Akropol musimy wyjść na deptak Dionyziou Areopagitou. Chwilowe spotkanie dwóch światów, straganiarzy i wycieczek. Prawie wszyscy w tranzycie na migające co rusz spomiędzy drzew oliwnych wzgórze, ku skale Areopagu. U podnóża, kamienna dobudówka, a na niej tablica z przemówieniem św. Pawła Apostoła. Po grecku. 










Dziś skały są wyślizgane, stąd po lewej stronie wbudowano dodatkowe, metalowe schodki. Na szczycie trwa przeciskanie, bo gdzie się nie stanie, jest się w kadrze. Zostajemy po widok. Zatrzymuję oko na nieregularnej linii gór oplatających ciasno i nader równomiernie obrzeża Aten. Opisywanie zachwytu sprzed kilku miesięcy nie jest wdzięcznym zajęciem, ale każde cofnięcie myśli  zatrzymuje spojrzenie nieruchomo, podobnie jak tam i wtedy wyświetlając panoramiczny obraz w głowie. Zapamiętane skrawki, światło  na skałach, lekką mgłę w oddali, bielone ściany setek domów, czarne kwadraty okien. Panorama niepodobna do żadnej z miast europejskich dziś znaczonych bezładem wieżowców zabłąkanych pośród wież ratuszów i kopuł kościołów. 



Świątyni greckiej obce jest słowo ruina. Nawet te najbardziej zniszczone przez czas nie są zbiorem kalekich fragmentów, bezwładną stertą kamieni. Bęben kolumny zaryty w piach, oderwana głowica - mają doskonałość skończonej rzeźby. Piękno architektury klasycznej da się ująć w liczby i proporcje poszczególnych elementów w stosunku do siebie i całości. Świątynie greckie żyją pod złotym słońcem geometrii.
Z. Herbert






Za plecami mamy Akropol. Ciepły, orzechowy jasny kolor wolno stojących kolumn pod niebieskim przykryciem. Zmierzamy ku wzgórzu przez Bramę Beulego. Myślę o tym miejscu mając w pamięci Herberta sarkającego na Francuzów. Napięcie rośnie. Przystajemy tylko przy amfiteatrze Peryklesa. Potem jest już tylko wyżej i tłoczniej. Pierwsze, co zauważam to zraniona twarz Propylejów, w masce z rusztowań, obwarowana okratowanymi kolumnami.  Wokół kłębowisko ludzi tych już po i tych jak my przed - zmierzających na spotkanie z Akropolem. Turystyczna wędrówka ludów. Przed wejściem mieszają się głosy, języki, oczekiwania. Na schodach mijamy napis, nakazujący by niczego nie dotykać, nie wynosić. Hmm, będzie trudno. Wyniosę mnóstwo, ale w środku, więc się nie liczy. 








Mam chwilę z przewodnikami, obserwację ludzi, sesji zdjęciowych, szukania najlepszych kadrów. Miotamy się jak w szaleństwie przedświątecznych zakupów. Chodząc w kierunku odwrotnym do zegarowego przekonuję się, że narożna Świątynia Ateny Nike jest balkonowa niewielka, z zewnątrz, jak chce Herbert, 'koronkowa', kolumnada Partenonu przeogromna, joński Erechtejon jest pozostawiony sam sobie na uboczu, a Propyleje z racji położenia nigdy nie odpoczywają. Wydzielam czas na obejście terenu i w końcu spoczywam na kamiennych podestach porozrzucanych  niczym na źle utrzymanym placu budowy. 


























Akropol to stan umysłu. To miejsce, które uspokaja. Wprawia w stan podobny do tego, gdy gapię się w niebo, kiedy jest tu i teraz, a świat zewnętrzny najpierw przestaje się liczyć a potem istnieć, kiedy widzę to, czego realnie nie ma. Bijące serce, ożywienie, oczarowanie i trwałe poczucie niedosytu. Entuzjazm i pożądanie nowicjusza. Jasnopiaskowa medytacja. Najbliższa przestrzeń wypełniona jest kamieniami, z którymi należałoby spędzić cały dzień lub kilka. Poznać mowę, światło, wędrówkę cienia. Pomilczeć, wpatrując się w nasycanie się kolorem tej wydawałoby się jednostajnie żółtawo-wypłowiałej połaci. Zamykać i otwierać oczy, badając, czy detale się zgadzają. Nauczyć się pamiętać zawłaszczając sobie ten widok. Pielęgnować spojrzenie. Wodzić wzrokiem za przemieszczającym się cieniem. Właściciel niewprawionego oka powie, że to zwykły widok, nic szczególnego. Kupa kamieni. Dla mnie ta zwyczajność to mały cud świata. Codzienność. Skazana na najpopularniejszy grzech niedowidzenia, niedosłyszenia, niedomówienia. 



















Procedura schodzenia "do świata" odbywa się przy wtórze gwizdka kilku strażników. Musimy już iść. Trudne pożegnanie i milcząca obietnica powrotu. Droga w dół, wbrew prawu szybkich powrotów trwa dłuższą chwilę w większej grupie. Ostatnie spojrzenia w tył. I w dół na z wysoka na gasnący w ciepłym świetle dzień. Nagle za plecami słyszę amerykański angielski "mieszkam w X ... chodzimy tam puszczać latawce" co momentalnie stawia mi przed oczami pewną uśmiechniętą twarz. Czemu akurat tam i to musiałam usłyszeć? Są ludzie i miejsca, które przywołane po imieniu wnet pojawiają się po wewnętrznej stronie powiek. Wszystko to za pomocą słowa i zabiegu zwanego rekonstrukcją. Dosłowną w przypadku Akropolu i tą mentalną, bardziej osobową, kiedy myśl cofa się głębiej i głębiej na dźwięk imienia i oddaje się złudnemu procesowi odtwarzania. A oryginał, jako byt osobny i oryginalny nie pozwoli się zamknąć w misternie ułożonych konstrukcjach z kamieniach, myślach i wspomnieniach. 

Dzień następny to spotkanie z dziennym Akropolem widzianym z odległości budynku nowego muzeum Akropolu. Wewnątrz mauzoleum zranionych ciał rzeźb, rozczłonkowanych kamieni, wraków kształtów nazwanych dla wnikliwych. Wygląda to jak cmentarzysko wystawione na aukcję. Największe wrażenie robią kobiece postaci  kariatyd. Spotkanie dwóch tajemnic. Kapitelu ciała i uśmiechu sfinksa. 














Widok z ulicy Apostolou Pavlou to ostatni bliski kontakt ze wzgórzem. Odnajdujemy jeszcze jaskinię Sokratesa, ukrytą pośród cyprysów po czym udajemy się w ostatnią trudną wędrówkę na najwyższe w mieście wzgórze - Lykavitos w dzielnicy Kolonaki. Trafiamy na zachód słońca. Na górze wszystkie miejsca obserwacyjne szczelnie już  wypełnione ludźmi uzbrojonymi w aparaty gotowe na pożarcie ostatnich śladów światła dającego znak na matowej linii gór. Ostatnie błyski słońca są witane, a może żegnane gromkimi brawami. Rozchodzimy się tym razem w rozpędzie, bez sentymentu. 



























Najkrótsza noc czerwcowa daruje nam całe 90 minut snu, by o wschodzie słońca powiedzieć już z samolotu Kalimera Grecjo. I ruszyć prosto do biura. Wyjście na oblężone ulice City jest ciężko wykonalne. Proces dostosowania oka do nowej starej codzienności beznadziejnie żmudny, bardzo powolny. Niespektakularny. Kolejne dni i tygodnie to czas na odsypianie i układanie Grecji w "udręczonej pięknem świata' głowie. 





4 komentarze:

  1. Wirtuozko naszego języka! To co napisałaś jest tak piekne, urzekające, pieszczące mózgowe zwoje, że czytać pospiesznie to popełnić grzech niedoczytania, a przez to przeoczenia. Dziękuję Ci, że w tej niespiesznej wędrówce przez Akropol pośpiech mego poranka wyparował, rozmył się, a ja mogłem z Twego zachwytu nieco uszczknąć dla siebie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojejej, dziękuję, ale to tylko kilka luźnych myśli i wspomnień dni greckich. Co mnie cieszy to moc słowa. Za zdolność uspokajania na odległość nie odpowiadam :) dobrego dnia!

      Usuń
    2. Slowa spod Twego pióra/klawisza moc mają przeogromną! I kojącą 😊 za co też dziękuję. Cieszę się że tu trafilem, bo na Instagramie za wiele się nie wyczyta😉 skoro to tylko luźne myśli i wspomnienia, czyżby szykowała się jakaś książka?

      Usuń
    3. Magia chwili niejednego dopadnie, podczas pisania i czytania. Książka? tylko takie zapiski dla rozpiski :)

      Usuń