"Rankiem objeżdżamy miasto autobusem. Nie jest to dobry sposób obcowania z architekturą New Yorku. Należy raczej wynaleźć parę punktów w mieście, dających najpełniejszy widok na wielkie budowle. Nowa architektura podobna jest pod tym względem do lasu tropikalnego. W samym lesie jest dość mroczno i duszno. Trzeba zobaczyć las dziewiczy z morza, z brzegu rzeki lub z wysokiego wzgórza, aby mieć prawdziwe o jego piękności pojęcie. Chyba najpiękniej wygląda New York z Brooklyn Bridge, Queensborough lub Manhattan Bridge. Objeżdżamy znane i sławne ulice w dole miasta. Słynna Wall Street wydaje mi się wyjątkowo cichem ustroniem. Walimy wgórę, wzdłuż Central Park. Jest bardzo gorąco, pogoda piękna, ale kolor drzew i trawników przypomina nam, że New York znajduje się na szerokości Neapolu."*
*Antoni Słonimski, Listy z Ameryki
Popijam kawę o smaku borówki. W tym wypadku musi to być borówka amerykańska, bo kawę zakupiłam w PortoRico Importing Co. na Bleecker Street, wiedziona tropem z "Przewodnika niepraktycznego po Nowym Jorku" Kamili Sławińskiej. Minęło kilka tygodni, nowe sprawy, nowe wyjazdy przykryły tamte. Zgodnie ze świeżym, czyli wolitywnie mocnym postanowieniem chciałabym pisać na niemal gorąco, kiedy myśli się kłębią a wspomnienia kształtują.
I tak po roku oczekiwań, zmian planów i wyruszyliśmy na nasz ponad tygodniowym wypad do Stanów. W planie był Nowy Jork oraz Boston i całe 9 dni. Choć moje myśli przecinają teraz podróże przyszłe, jak np. z jakiego miejsca Vermeer malował mój ukochany widok Delft, tak postaram się poprowadzić jakąś stosowną narrację wśród zakurzonych myśli i patynowanych powidoków po wewnętrznej stronie powiek.
I tak po roku oczekiwań, zmian planów i wyruszyliśmy na nasz ponad tygodniowym wypad do Stanów. W planie był Nowy Jork oraz Boston i całe 9 dni. Choć moje myśli przecinają teraz podróże przyszłe, jak np. z jakiego miejsca Vermeer malował mój ukochany widok Delft, tak postaram się poprowadzić jakąś stosowną narrację wśród zakurzonych myśli i patynowanych powidoków po wewnętrznej stronie powiek.
Nowy Jork.
Noc na Williamsburg. Pierwszy przystanek w sobotni poranek to Williamsburg market-Smorgasburg. Trochę z sympatii do wszelkich food markets, gdzie z wielkiego jak mapa świata menu zawsze coś wyłuskam zaspokajając moje gastronomiczne fobie. Zamiast kuchni świata, tego głównie azjatyckiego, moją uwagę od razu przyciągnął widok na Manhattan przez East River. To, że odległość kształtuje proporcje wiedzieli już starożytni, stąd nie zostałam przytłoczona, ale całkiem miło urzeczona. Szare wieże nie wpadały do wody, nie odstraszały natłokiem betonu. "...wielkie budynki są zaprzeczeniem wszelkiego ruchu. Statyczność jest ich cechą zasadniczą" jak pisał Słonimski.
🚇Najbliższa stacja-Bedford Avenue.
🚇Najbliższa stacja-Bedford Avenue.
Chwilę później jesteśmy w już deszczowej East Village, gdzie wita nas polska szkoła, polski kościół wraz z pomnikiem papieskim oraz Tompkins Park, dziś park kwitnących w deszczu wiśni. Świadomie zostawiamy wysoki Manhattan na tzw. później i przenosimy się na pieszą wędrówkę do Greenwich Village, który instynktownie zostaje moją ulubioną częścią. W miarę jak zmierzamy na zachód ulice wypełniają się hipsterskimi knajpkami. Niby nigdy wcześniej tam nie byłam ale czuję zupełnie przeciwnie. Mieszkał tam Brodski (44 Morton Street). Trochę przypominającą klimatem londyński Shoreditch. Przejście, i to dosłowne między dzielnicami Nowego Jorku jest trochę jak podróż po Europie bez granic. Podążając ku Canal Street niespodziewanie miasto otwiera się, rosną skrzyżowania, ulice podwajają rozmiary i budynki rządowe, po czym miasto mimowolnie przechodzi w sieć azjatyckich krzyżówek walcząc o podbój i zajęcie kolejnych z Małą Italią. Zdaje się, że i tam obowiązuje prawo natury - przetrwa najsilniejszy. Wieczór zamyka pyszna kolacja w miejscu, którego nazwy oczywiście nie sposób spamiętać, ale poza pysznym hot pot oferuje stołowe ładowarki w sam raz na podkarmienie również aparatu i telefonu - tak po azjatycku łącząc atmosferę Chinatown z Apple Store. Co ważne, Canal Street to stacja dla 3 linii, więc trzeba pilnować, by wysiąść w dobrym miejscu. Time Square późnym sobotnim wieczorem pozostaje doświadczeniem z kategorii thick the box and forget it - nie dodaję do ulubionych, nie podzielam zachwytu.
"Po przyjściu do przytomności odwiedziłem na Union Square polską księgarnię w New Yorku. Nie jest to widok zbyt pokrzepiający. Jest to jedyna polska księgarnia nietylko w New Yorku ale na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Są pozatem sklepy, które sprzedają prócz sznurowadeł, powideł i pomidorów, również i książki; widuje się takie kramiki w Chicago, ale poważna księgarnia jest jedna. W tej jedynej księgarni na przeszło trzy miljony Polaków pracuje jeden tylko człowiek, i dobrze jest gdy sprzeda jedną książkę na dzień. W ostatnich czasach, jak mnie informuje właściciel, kler jeszcze, jako jedyna klasa zamożna wśród amerykańskich Polaków, daje trochę zarobić. „Czasem jaki ksiądz kupi książkę Boya, i to wszystko”."
W niedzielny wczesny poranek odzywa się jet lag i nie daje pospać, odwiedzam więc słoneczny Greenpoint. O 7 rano! Oczywiście per pedes, z miejsca, w którym mieszkamy to 20 minut drogi. Przed polskim kościołem kolejny pomnik Jana Pawła II. Uśmiecham się w duchu i ciele, bo emigracja pamięta i czuje inaczej. Jeśli ktoś miałby ochotę, kościół znajduje się na 607 Humboldt Street, Brooklyn, NY 11222.
To jedyny w pełni słoneczny i ciepły dzień. Plan mamy jak zawsze ambitny i zamiast bezcelowego włóczenia się postanawiamy podbić Manhattan. Na piechotkę :) O godzinie 11 ustawiamy się już w kolejce na Staten Island Ferry. Prom jest bezpłatny, kursuje regularnie i co najważniejsze - prawa burta oferuje świetny widok na Statuę Wolności. Wraz z innymi wdrapujemy się na górny deck i zajmujemy miejsce przy barierce, która w tym spektaklu jest pierwszym rzędem do przesuwających się widoków na Manhattan, Jersey, oczywiście Statuę. Mało kto spogląda za lewą burtę, oferującą wspaniały widok na sympatycznie samotny most Verrazano-Narrows Bridge. Jeśli ktoś ma ochotę wrócić następnym promem musi się mocno spieszyć, powrotny odpływa za kilka minut, inaczej trzeba poczekać jakieś pół godzinki.
Przejście Wall Street odbywa się raczej szybko, Chyba, że macie tak jak ja ochotę na krótkie postoje i odwiedziny w ukrytych parkach i ogrodach. Kocham wszelkie hidden gardens. Na odsapnięcie i widok polecam udać się na Elevated Acre schodami ruchomymi przy 55 Water Street. Wygląda zmyłkowo,ale na górze jest mini park z widokiem na East River.
"Podoba mi się to miasto ludzi śmiałych, szybkich i młodych. A przecież -jak wiemy – są oni często zbyt śmiali i zbyt szybcy w zdobywaniu pieniędzy. Jak jest właściwie z temi napadami, kradzieżami, gangsterami i łapownikami? Zadaję śmiało to pytanie. Mówią mi, że w stosunku do ilości mieszkańców wypada tu mniej nadużyć i rabunków niż w Europie. Obecny mer La-Guardia walczy zaciekle z klikami i korupcją urzędów. W jego gabinecie mógłby wisieć napis: „Guardia vous des voleurs”."
Nim się zorientowaliśmy, przemierzyliśmy Wall Street, Battery Park, przedarliśmy się przez turystyczny tłum i szum przed, za i z obu stron the Bull oraz strefę 9/11 Memorial, gdzie ciszę zastąpiono dźwiękiem wodospadu. Chociaż nieopodal pręży się teraz the One World Trade Centre większość oczu skierowana jest w wodny krater jednej z wież WTC. Pobliski budynek muzeum ofiar WTC ma dość oryginalny kształt skrzydła anioła, choć jak dla mnie z czasów mniej więcej jurajskich. Licznik kilometrowy bił. Przewodnik mówił co i gdzie podsycając ciekawość oraz apetyt. Dopiero Chinatown zatrzymała na kolację. Miasto jest do przejścia, oczywiście w częściach :)
"Po przyjściu do przytomności odwiedziłem na Union Square polską księgarnię w New Yorku. Nie jest to widok zbyt pokrzepiający. Jest to jedyna polska księgarnia nietylko w New Yorku ale na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Są pozatem sklepy, które sprzedają prócz sznurowadeł, powideł i pomidorów, również i książki; widuje się takie kramiki w Chicago, ale poważna księgarnia jest jedna. W tej jedynej księgarni na przeszło trzy miljony Polaków pracuje jeden tylko człowiek, i dobrze jest gdy sprzeda jedną książkę na dzień. W ostatnich czasach, jak mnie informuje właściciel, kler jeszcze, jako jedyna klasa zamożna wśród amerykańskich Polaków, daje trochę zarobić. „Czasem jaki ksiądz kupi książkę Boya, i to wszystko”."
To jedyny w pełni słoneczny i ciepły dzień. Plan mamy jak zawsze ambitny i zamiast bezcelowego włóczenia się postanawiamy podbić Manhattan. Na piechotkę :) O godzinie 11 ustawiamy się już w kolejce na Staten Island Ferry. Prom jest bezpłatny, kursuje regularnie i co najważniejsze - prawa burta oferuje świetny widok na Statuę Wolności. Wraz z innymi wdrapujemy się na górny deck i zajmujemy miejsce przy barierce, która w tym spektaklu jest pierwszym rzędem do przesuwających się widoków na Manhattan, Jersey, oczywiście Statuę. Mało kto spogląda za lewą burtę, oferującą wspaniały widok na sympatycznie samotny most Verrazano-Narrows Bridge. Jeśli ktoś ma ochotę wrócić następnym promem musi się mocno spieszyć, powrotny odpływa za kilka minut, inaczej trzeba poczekać jakieś pół godzinki.
Przejście Wall Street odbywa się raczej szybko, Chyba, że macie tak jak ja ochotę na krótkie postoje i odwiedziny w ukrytych parkach i ogrodach. Kocham wszelkie hidden gardens. Na odsapnięcie i widok polecam udać się na Elevated Acre schodami ruchomymi przy 55 Water Street. Wygląda zmyłkowo,ale na górze jest mini park z widokiem na East River.
Elevated Acre, ukryty park z widokiem na East River
Nim się zorientowaliśmy, przemierzyliśmy Wall Street, Battery Park, przedarliśmy się przez turystyczny tłum i szum przed, za i z obu stron the Bull oraz strefę 9/11 Memorial, gdzie ciszę zastąpiono dźwiękiem wodospadu. Chociaż nieopodal pręży się teraz the One World Trade Centre większość oczu skierowana jest w wodny krater jednej z wież WTC. Pobliski budynek muzeum ofiar WTC ma dość oryginalny kształt skrzydła anioła, choć jak dla mnie z czasów mniej więcej jurajskich. Licznik kilometrowy bił. Przewodnik mówił co i gdzie podsycając ciekawość oraz apetyt. Dopiero Chinatown zatrzymała na kolację. Miasto jest do przejścia, oczywiście w częściach :)
Czasu starczyło nam na większość z miejsc z mojej mapki, choć do Flat Iron powracałam podobnie jak do jego warszawskiego brata z niemałym sentymentem kilkukrotnie, pewnie w części z racji lokalizacji. Ściemniało się a czas się zatrzymywał. Podobnie jak pobliskie zegary:)
Tych kilka dni celowej włóczęgi tłumaczy kilka tysięcy wypstrykanych zdjęć.
Metro
5ta
Król nowojorskiego art deco, Chrysler Building, o przepięknej, stalowej koronie, mój ulubiony drapacz
Rockefeller Centre, wielki klocek
Jeden z policjantów, zapytany, jak długo Trump Tower będzie otoczony policją z półuśmiechem stwierdził, że najpewniej kolejne 4 lata
Trump Tower
Wizyta w perełce 5 Alei, the New York Public Library, zajęła kilka dobrych godzin, podobnie jak we wszelkich innych miejscach goszczących książki. Chodziłam między piętrami, a i tak nie zobaczyłam wszystkich sal. Za to te, które zobaczyłam zatrzymały mnie na dluuugie minuty. Uwielbiam wszelkie biblioteki, atmosferę skupienia i pewien rodzaj umownej, dostojnej powagi. Ta nowojorska jest jak mekka bibliotek. Mam ten rodzaj fascynacji, że natychmiast poczuwszy zapach książek chcę przejrzeć tytuły na półkach i przekartkować chociaż jedną z nich. Dodam, że na parterze, tuż po spotkaniu z ochroną jest sklepik, a w nim, poza książkami, całe mnóstwo gadżetów. Do dziś żałuję, że nie wybrałam torby z logo biblioteki. Za dużo kolorów i opcji cytatowych, wraz z cycerowskim "Do szczęścia człowiekowi potrzeba ogrodu i biblioteki". Oj tak!
Pociąg do książek
Make it big, zbudowany w 410 dni Empire State Building, klasyka surowego art deco
A po sąsiedzku jest Grand Central. Przepiękne wnętrze, pełne przechodniów i turystów, szczęśliwie udało się ocalić je od zburzenia i przeniesienia w podziemia.
"I znów po dusznym i nudnawym wieczorze, gdy pogodną nocą przechadzam się po Central Parku, patrzę z sympatją na New York. Nabieram wiary w socjalistyczną przyszłość nowego świata. Wiara ta jest trochę podniecona szampanem, którym spoili mnie ostatni przedstawiciele drapieżnego kapitalizmu."
Chwila w MET u malarzy. Sekcja europejska z Vermeerem na czele znajduje się na 2. piętrze. W W Central Park udało mi się odnaleźć polski ślad w postaci pomnika króla Władysława Jagiełło. Postawiony przez polską społeczność w 1945 r. czeka na pilnie potrzebną renowację.
Ona w oknie, czyli kobieta z dzbanem Vermeer'a
Myśli na chwilę biegną ku Polsce
Zamiast polecania atrakcji, które i tak każdy dla siebie wybierze mogę polecić znalezienie chwili na przejazd a może nawet przelot kolejką linową, tam zwaną Roosevelt Tram. Kosztuje całe 30 minut :) Widoki, nawet w mglisty i deszczowy wieczór robią wrażenie.
Ostatniego dnia wędrówki wybraliśmy się na High Lane -- bardzo fajnie zagospodarowana przestrzeń ponad i pomiędzy, czyli historia o tym jak niepotrzebna rampa zamieniła się w parkową aleję.
Poza Manhattanem, mimo nieprzychylnej pogody udaliśmy się do Ogrodu Botanicznego na Brooklyn. Różnica klimatu pozwoliła zobaczyć tulipany i sakurę w pełni, bo akurat przegapiłam tą londyńską, której pełnia koloru zazwyczaj przypada na drugi tydzień kwietnia.
Ostatniego dnia wędrówki wybraliśmy się na High Lane -- bardzo fajnie zagospodarowana przestrzeń ponad i pomiędzy, czyli historia o tym jak niepotrzebna rampa zamieniła się w parkową aleję.
Poza Manhattanem, mimo nieprzychylnej pogody udaliśmy się do Ogrodu Botanicznego na Brooklyn. Różnica klimatu pozwoliła zobaczyć tulipany i sakurę w pełni, bo akurat przegapiłam tą londyńską, której pełnia koloru zazwyczaj przypada na drugi tydzień kwietnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz