czwartek, 14 maja 2015

O niebie nad Holandią i tym, czym byłby świat bez ram

Wspominać znaczy ożywiać, uobecniać. Nadawanie myślom kształtu słów nie jest łatwe, gdy te jeszcze żyją gdzieś wewnątrz, obracają i formują obrazy z emocji zupełnie jakby były w okresie przejściowym, nie całkiem zdolne do samodzielnej egzystencji, trwające gdzieś między 'ustami a brzegiem pucharu' :) 

Podobnie mam z opisaniem wyjazdu do Holandii. Kraj z pozoru łatwy do etykietkowania banalnymi kluczami skojarzeń. Wiatraki, tulipany, kolor pomarańczowy, kanały, sery i wafle... Tak powszechnie i skrótowo myśli się o ojczyźnie malarzy flamandzkich, o terenie nadmorskim, niskim, płaskim i zielonym. Jadąc, poniekąd śladami Herberta, ale głównie szlakiem obrazów, przed którymi chciałam choćby przystanąć, gdy te być może przemówią do mnie, jeszcze przed lądowaniem, zastanawiałam się, czy spotkam światło znane z płócien, i czy szybko zmieniające się tło i chmury kłębiaste bedą choć trochę bliskie ich opisom zapisanym gdzieś w mej marnej fotograficznej pamięci przypominającej bardziej zamazane impresje panteisty. 

Przezornie, niczym niewierny Tomasz, przyjęłam postawę duszy powątpiewającej w prawdę nienamacalną - 'nie uwierzę dopóki nie zobaczę'. Objawienie przyszło przez zmysły, zostawiając rozum w pozycji pochylonego w pokorze, niegodnego zwyczajnego piękna  rzeczy niepojętych. 

Tamte, pierwsze chwile na holenderskiej ziemi przyniosły natychmiastową, niewymuszoną odpowiedź, że 'tu jest tak naprawdę, jak na szesnastowiecznych obrazach Dawnych Mistrzów, gdzie tłem scen zwykłego życia bez pośpiechu bywa niebo tak wielu barw i wymiarów'. 




Blisko godzinna podróż pociągiem z Schiphol do Rotterdamu z widokiem na zachodzące słońce była godziwą kompensatą za czas wielokrotnie poniekąd utracony i zostawiony w poczekalni lotniska Gatwick. Wpatrywałam się  w ten obraz ginącego w fatalnej żółci a poźniej czerwieni słońca nie mogąc wyjść z podziwu, że na całej trasie brak jest wzniesień terenu, które tak łatwo i nieświadomie mogłyby pozbawić mnie tych krótkich chwil obcowania z pięknem nieba. Nieba nad Delft. Jednego z tych widoków sprawiających, że jednak chce się przynależeć do tego świata, tak czasem beznamiętnie gorzkiego, skoro ta niezwykła gra kolorów na niskim horyzoncie jest jego częścią. Jednego z tych momentów magii Matki Natury, zgrania czasu i przestrzeni, kiedy wkrada się szybko przesuwający się pejzaż zza okna, mknącego gdzieś do Niemiec, pociągu Intercity, a niebo mówi słowami, ktore nigdzie nie widnieją, nigdy nie zostaną wypowiedziane. Wyrywa mi to na moment wnętrze, zawiesza spojrzenie, uruchamia wulkan myśli popędzanym faktem, że przedstawienie wkrótce się skończy, a te momenty już za chwilę będą żyły swoim cichym życiem wspomnień i myśli nieulotnych nabytych przez zapatrzenie i refleksje. Czym byłby świat bez tych oczywistych ram ziemi i nieba? Może bezkształtną masą bez solidnych podstaw, ciągiem nijakich obrazów pozbawionych ram wertykalno-horyzontalnych. Na pewno cieżko byłoby w nim żyć, śnić i marzyć. Tak po prostu :)





Za 15 minut trzeba wysiadać w mieście, którego nie znam, które lada chwila utonie w mroku zabierając mnie na zabawę w chowanego bez mapy. Jeszcze tego nie czuję, bo mam za sąsiada widok, dla którego się podróżuje, i do którego się wraca, fizycznie lub do wnętrza powiek. Chciałam się nim z miejsca podzielić z drugą rozumiejącą ten stan parą oczu. Te nieme życzenie, wywołane zachwytem,  było zupełnie niespodziewanie odpowiedzią na życzliwe słowa z daleka życzące pięknych chwil z Vermerem. Stało się to dokładnie w chwili, gdy pociąg wyjechał z ciemności tunelu stacji Delft w świat nieba z obrazów 'malarza ciszy i światła' wypełniającego właśnie wtedy nie tylko moje myśli. I jak tu nie wierzyć w magię przypadków, skoro cuda są zjawiskiem jednorazowym.

Ze stacji Rotterdam Centraal odbyłam wieczorny spacer przed siebie mając zarys pomysłu na piesze dotarcie do miejsca wybranego przez Airbnb. Krótka konsultacja z mapą kazała mi uwierzyć, że miasto jest przyjazne tym, którzy poznają świat per pedes. Nocą zmysły pracują bardziej. Napotkani ludzie, światła na kanale, wizerunki ryb, zapachy docierające z mijanych coffee shops-myślę na szybko słowami Apteki - 'ujarane całe miasto'. I tak było przez niemal 20-minutowy marsz z walizeczką. 

Mieszkanie dość obskórne. Za sąsiadów mam kilku blondynów, których imiona i twarze giną po chwili. Nocny program na Trójce przypominał mi świeże jeszcze momenty z poświątecznej Warszawy. Te, które żyją życiem spotkań mierzonych pięknem chwil, głosów, rozmów miedzyparkowych. 

Poranek w Rotterdamie i pobudkę na długo przed budzikiem zawdzięczam różnicy czasu na linii Europa - Stany (dziękuję, że Twoje majowe draftowanie na Głosach pozwoliło mi wstać tak wcześnie ;) ) i kilku wersom Herberta na rozruch. A widok za oknem to kolejne przeżycie w towarzystwie budzącego się, na mój długi dzień, słońca i kilku mew.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz