Niebo za oknem ma kolor nieskończoności. To ten rodzaj błękitu nie całkiem jeszcze wolnego od wielowarstwowych smug, linii i cieni. Idę popatrzeć. Chwilę karmię kaczki podrzucając więcej paniom kaczorowym, tym brązowym z ciemnoniebieskimi piórkami na biodrach (hmm, dotąd był to kolor pewnego spojrzenia i Bałtyku w styczniu). Kobieca solidarność, sorry boys... ;)
Po chwili jestem niczym ten starszy pan z warszawskiego Placu Konstytucji: otoczona gołębiami i kaczkami, które wyszły na brzeg rzeki. Wrzawa i bitwa o chleb trwa na ziemi, wodzie i powietrzu. Za chwilę kończy się chleb i żegna mnie masowy gołębi łopot skrzydeł.
Nie przepadam za uzależnianiem się od pogody, ale z niebieskim niebem dobrze się wędruje. Zrobiwszy zakupy niespodziewanie wybieram się nad rzekę. Czasem tak mam, że idę do kuchni po herbatę i wychodzę z właśnie ugotowanym obiadem. Tam, gdzie koryto rzeki zmienia szerokość z 40 do jakichś 10 metrów, idę wałem na skraj mapy. Bardzo dosłownie. Rosja już tuż tuż. Jedyny ciężar jaki mam to ten na plecach. Wokół pola, działki. Prawie 'endless horizon', bo dopatruję się na krańcu bezkresu brzozowego lasu, hen daleko przede mną. Byłam w okolicy tyle razy, ale było to tak dawno, że widok płaskich, niczym te mazowieckie, pól jest świeży. Nowy. Jak ten roześmiany księżyc w pełni gapię się na kolory ziemi i maszeruję mając rzekę za przewodnika, cień za towarzysza. Dochodzę do kościoła po drugiej stronie rzeki, na końcu miasta i długo stoję patrząc. Kłęby zachwytu przetaczają się przez głowę, myśl płynie wartko i swobodnie. Za kilka kilometrów rzeka wpada do Zalewu Wiślanego mieszając wody słodkie i słone. Za to myśl czysta skończy gdzieś w odmętach, bo post-impresje tutaj są już suchym sprawozdaniem z momentów peregrynacji w naturze. Chciałam znaleźć wiosnę, znalazłam ciszę myśląc, że najbardziej tęsknimy za tym, czego nie szukamy.
Dziś mija 10. lat od śmierci Papieża. Wspominam tamten wieczór. Mieszkałam wtedy ze znajomymi w północnym Londynie, nieopodal Turnpike Lane. Kościół w Wood Green był zamknięty, więc spontanicznie zdecydowaliśmy mniej więcej o tej samej porze, by jechać do Westminster Cathedral, czując, że coś się skończyło. Złapaliśmy taksówkę. Jazda w sobotni wieczór przez Londyn trwała ze sto lat. Na Soho i Shaftesbury Avenue trwała uliczna impreza. W drodze taksówkarz powiedział, że jest Muzułmaninem, że szanuje i podziwia Papieża. A jak dojechaliśmy na miejsce, że nie chce od nas pieniędzy i cieszy się, że mógł nas zawieźć w ten wieczór do katedry.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz