poniedziałek, 18 maja 2015

Rotterdam per pedes

Rotterdam kojarzył mi się zawsze z miastem z planszy gry Eurobiznes. Prawie totalnie zniszczony podczas wojny, jawił się jako miejsce dalekie od idealnego celu podróży. Nie przepadam za miastami wysokich szklanych wież, tych betonowych, bezdusznych dżungli bez drzew. 



Ogrom zniszczeń wojennych skazał Rotterdam na pracę od nowa i budowę na ruinach. Nalot dywanowy nastąpił dokładnie 14 maja 1940 roku znosząc z ziemi 85% powierzchni miasta. Stąd, po wojnie, wyrósł  na dość industrialny, pełen  architektonicznych eksperymentów w postaci  nagromadzenia budynków niekoniecznie dobrze wyglądających obok siebie. Co pozostało niezmienione, chociaż rozrastające się przez lata, to port i muzeum Boymans van Beuningen. I te wybrałam za cel wędrówki o poranku, by spędzić popołudnie w towarzystwie obrazów śladami Herberta, który w latach 60. również rozpoczął podróż po Holandii zachodnim wybrzeżem, od obrazów w Rotterdamie do obrazów w Amsterdamie oraz drogą krajobrazów delty usiłując odnaleźć pejzaże zatrzymane pod pędzlem.
Dzień zaczęłam od udania się w kierunku rzeki i mostu Pietera de Hoochweg zmierzając ku portowi, by odkryć na trasie jedną ze starszych i pięknie zachowanych części miasta nad kanałem tuż nieopodal dzielnicy Schiemond. Poranne światło, puste ulice i ponownie obrazy niczym z wczesnych płócien malarzy flamandzkich kupiły mnie absolutnie. 



Był 1 maja i choć w Holandii nie jest to dzień wolny od pracy, czuć było nadchodzący, długi, dla co niektórych, weekend. Niespieszność bytu. Ucieszyłam się, bo tłumy turystów to ostatnie na co miałam ochotę. Cisza portu i niezliczone maszty łodzi wystarczyły za niemego, nienachalnego towarzysza. 
Okolice Delftshaven, nad rzeką Maas, gdzie zajrzałam przypadkiem przyciągnięta wychylającym się z małej uliczki widokiem czerwonej cegły przy Voorstraat, okazała się tym, czego chyba szukałam w Holandii nawet nie zdając sobie sprawy. Dawniej, Delftshaven była głównym portem położonym nieopodal Rotterdamu. Stąd, po modlitwach w pobliskim Starym Kościele, Ojcowie Pielgrzymi wyruszyli na statku Speedwell do Nowego Świata 22 lipca 1620 roku. Ten zdołał jednak dopłynąć do Kornwalii, gdzie został zastąpiony statkiem Mayflower, który ostatecznie dotarł do wybrzeży Massachusetts dopiero w listopadzie.



Osadzone gęsto po obu stronach kanału Delftshaven łodzie i barki różnej wielkości i przeznaczenia ciągną się aż po jego kres, uwieńczony potężnym, XVIII-wiecznym wiatrakiem na lewym brzegu. Widok zupełnie jak ze starych płócien o mglistej tematyce portowej, pełnych długich cieni wysokich masztów i transparentnych skrzydeł wiatraków.



Pobliski port, największy w Europie - otwarta, niebieskawa przestrzeń Nieuwe Waterweg. Powietrze lekko wietrznego poranka. Cisza. Kolejny raz czuję, że tu w porcie czas się zatrzymuje, świat zewnętrzny zdaje się nie istnieć. Stan satori. Spokój. Kompletność. Wiatr od morza. I ponowna wędrówka poszarpanych chmur. Moja prywatna teoria jeszcze z lotniska, że wyjątkowość nieba znanego z obrazów dawnych mistrzów jest tym, co przetrwało. To świat zapisany lata temu w czterech ramach obrazów. Myślę naiwnie, że gdybym tam mieszkała chłonęłabym ten widok co rano. Typowy dla ludzkiej zachłanności zapał, o czym na dobre zdałam sobie sprawę kilka dni temu płynąc po Tamizie, że każdy zachwyt zastąpi jakiś kolejny, świeższy i ważniejszy. Przeminie, jak wszystko, co piękne. Współcześni, obok pamięci mają zbiory zdjeć a niektórzy blogowe notki - daremne próby zatrzymania chwili zdumień i niemych, szybkich wzruszeń.


Dalsza wędrówka wiedzie przez Schiemond aż do okolic Euromasztu. Po drodze zatrzymuję się przy budynku centrum kultury, teatru, oglądając rzeźby i płaskorzeźby na ścianach. 


 




Puste przestrzenie i wieżowce na horyzoncie. Het Park to granica między portem a centrum i ostatnie miejsce na oddech nim miasto się obudzi. Wcześniej jednak mijam skupisko wielokolorowych tulipanów, drewniany kościół norweski i po chwili jestem w dzielnicy muzeów. Bezcenny moment leniwego dnia, gdy z Juke Box opodal Muzeum Historii Naruralnej dobiegają mnie dźwięki przypominające jeden z moich kultowych filmów Dolana, „Bang Bang" Dalidy. Za dwa dni 28. rocznica jej śmierci, co wiem w sumie dzięki Herbertowi. Głosy czuwają! :) Zmierzam akurat śladami Herberta do Boymans Museum, i wchodząc do środka następuje ten moment, który już zawsze będę pamiętać. Naprawdę czuję, że podążam Jego śladami, jakąś niemą obecność. Nie pierwszy to raz w tym roku, ale może świadomość tego, co za chwilę zobaczę sprawia, że czuję się jak pielgrzym świątyń sztuki dostępnej tym, którzy posiedli umiejętność znajdywania odpowiedzi na niezadane pytania. Mijam podwójne drewniane drzwi instynktownie zaprzyjaźniając się ze strażnikem i orientując się, że mam niecałe 3. godziny i 37 pokoi do odwiedzenia. Wspaniale. Prawie jak bieg przez płotki. 




Pierwszy jest Fra Angelico, przy którym spędzam długie minuty czując to samo, co przed ponad godziną w porcie. Samoistnie następuje jakiś rodzaj zachwytu i przeniesienia w świat odbierany zmysłami, gdzie wiedza z zakresu historii sztuki może i jest użyteczna, ale zupełnie zbędna do zrozumienia tego, co wyszło spod pędzla. Kolejne sale, kolejni mistrzowie, kolejne zagapienie na długie minuty. Prawie jak czytanie poezji, gdzie ważne są trzy wersy by trafić. Muzealna aplikacja szepcze mi do ucha krótkie historie niektórych płócien. Nic nie poradzę, że najbardziej podobają mi się te mniej znane, nie opiewane jak Breuglowska „Wieża Babel", czy liczne Bosch'e. Tych ostatnich bałam się od dziecka przeglądając albumy. Czasem jeszcze śnią mi się te wizje piekła, czyśćca, wiecznej Sodomy i Gomory. 



Muzeum jest prawie puste. Przechodzę między światami ujętymi w cztery ramy w ślimaczym tempie. Time's up. Na 15.muszę stawić się na stacji. Odbiór brata, z którym wędrujemy do nowej części miasta. W celach czysto poznawczych, stąd jedynym co świadomie  chcę zobaczyć i wiem gdzie, jest kościół św. Leonarda i pobliski, XVI-wieczny pomnik Erazma. Pozostałą część miasta pokonujemy w miarę sprawnie per pedes.

      



Po kilku godzinach jesteśmy w drodze do Hagi. Ponowny przejazd przez Delft, gdzie dzień wcześniej zachwycałam się widokiem nieba, dostrzegam pola czerwonych tulipanów. Niezwykły, przepiękny widok dla krótkowzrocznej pary oczu nieprzywykłych do jaskrawych kolorów Matki Ziemi. W Hadze okazuje się, że nocujemy na końcu świata.

Na miejscu miła niespodzianka. Nasz host oferuje podwiezienie na plażę i odbiór, jak już ją obejdziemy. Nic lepszego na zakończenie dnia, zwłaszcza, że tam czeka na nas wpadające do morza słońca. Po raz drugi ma kolor czerwony :) 





2 komentarze:

  1. Rzeczywiście te zdjęcia znad kanału, z masztami po obu stronach wody, jak obrazy!:) I to obcowanie z Twoimi myślami, prywatnymi teoriami - BEZCENNE! Ty zastygałaś w zachwycie nad płotnami Mistrzów, ja nad Twoimi słowami i myślami. Na jedno wychodzi:) Zachwyt jest zachwytem..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyteniku idealny. Dziękuję za dobre słowo i kłaniam się nisko pozdrawiając z Kraju przodków :)

      Usuń