niedziela, 25 stycznia 2015

Śladami Herberta w Warszawie



"Opuszczając jakieś miejsce zostawiamy tam cześć siebie. Zostajemy tam, mimo, ze je opuściliśmy. I istnieją w nas rzeczy, które możemy odnaleźć ponownie tylko wtedy, gdy tam wrócimy. Podróżujemy wgłąb siebie jadąc do miejsca, w którym pozostawiliśmy kawałek własnego życia i nie ma znaczenia, ze jest on niewielki. Ale podróżując wgłąb siebie musimy zmierzyć się z własną samotnością i czyż nie jest tak, ze wszystko co robimy, robimy ze strachu przed samotnością, czy nie dlatego wyrzekamy się wszystkich tych rzeczy których będziemy żałować pod koniec życia?"
'Nocny pociąg do Lizbony' P. Mercer


Pomyślałam jeszcze mając w pamięci ten fragment, że o ile w miejscach zostawiamy siebie, tak w słowach napisanych nawet lata temu znajdujemy siebie, swoje emocje w czyichś przeżyciach, spisanych lub nagranych, i dlatego często wracam do książek, płyt, filmów, bo w nich odnajduję tę właśnie czasem zagubioną, czasem zamkniętą część siebie. Tak mam 'od zawsze' z prozą Herberta, poezja jest bardziej uniwersalna, i pojemna, wedle interpretacji i momentu w życiu zawsze zaoferuje choćby małą osobistą cząstkę, zgodnie z zasadą 'każdemu wg potrzeb'. Z esejami Herberta jest inaczej, bo uwagi o sztuce, spojrzeniu na świat były i nadal są bliskie od kiedy przeczytałam pierwszy raz 'Barbarzyńcę w ogrodzie' i zaraz potem 'Martwą naturę z wędzidłem' w klasie maturalnej. Pamiętam, że zasiadłam w wielkim fotelu, który niegdyś uwięził na dłużej przybyłego po kolędzie tęgiego księdza :)  za oknem była jakaś solidna zima, a ja przy małej lampce czytałam, pochłaniając treści tak działające na mnie. W miarę upływu lat pojawiały sie coraz to nowe tomy jego korespondencji i kolejne eseje wiodące przez Grecję, Francję, Włochy, Holandię, Niemcy znaną mi już ścieżką do mojego wnętrza trochę poprzez czyjeś. Uczuć tego rodzaju niesposób opisać czy przyrównać, bo jak napisać o odnalezieniu siebie 'w książce'? Taki serdeczny uścisk dłoni, porozumienie i łączność. 

Jest takie miejsce na Mokotowie pomiędzy ul. Belwederską i Puławską z jednej, pomiędzy Dolną i Spacerową z drugiej - Park Morskie Oko, park rzadkich, smukłych drzew, delikatny, pustawy i przestrzenny, inny niż pozostałe. Park, przy którym pod adresem Promenada 21/4 mieszkał, z przerwami, w latach 1972-1998 Zbigniew Herbert. 

Dziś znalazł się na trasie zupełnie przypadkowo będąc odpowiedzią na moje 'który autobus przyjedzie pierwszy, do tego wsiadam'. Lubię zdać się na dobry los, gdy bardzo bym chciała a wiem, że nie wszystko się uda, bo czas nagli, a w głowie piętrzą się pomysły tras miejsc do odwiedzenia. Jak mawiał Tuwim 'plan to coś, co potem wygląda zupełnie inaczej' i tego się wiernie trzymam :)

Moje 'oko w oko' z Morskim Okiem to od pierwszych odwiedzin kilka lat temu miejsce, w którym czasem 'płaczę do wewnątrz' z nadmiaru piękna wokół, park, w którym nie sposób się zgubić, więc błądzę myślami o tym 'co dalej', poprzedzieranymi świadomością, że oto nieopodal mieszkał, a może raczej bywał, Herbert. 

Od ostatniej jesieni to park rozjaśniający czarne myśli, park z brzozą w oddali, rozwidloną  w  kształt 'V',  park z najwyższymi siwymi brzozami rosnącymi parami, park płaczących wierzb wiszących nad pół zamarzniętym stawem i gromadką płynących kaczek zostawiających za sobą ślad literki V, park biegaczy ubranych zimą w ulubiony ciemnoturkusowy kolor. Miejsce magiczne, gdzie wracają słowa i słowa wychodzą w niemej konwersacji bez odpowiedzi. Wracają myśli o pierwszym dniu jesieni ale...'there is more to life than that' :) 


Dziś był parkiem mijanym przez biały osobowy samochód z krakowską rejestracją, parkiem przy którym zaparkował inny, z logo przedszkola 'Magia' na Kabatach. Park, w którym najpiękniejsze wysokie drzewa. Park w którym nawet muzyka w słuchawkach nie wiedzieć skąd mówi 'leave the past behind' w momencie, gdy mijam stojące w szeregu cztery brzozy... Natychmiastowa reakcja świata, jak zwykle doskonała i precyzyjna, niczym architektoniczne cuda spod ręki Tylmana z Gameren. 






Park 'śladami Herberta', gdzie musiał zaglądać między poszczególnymi etapami późnej emigracji. Park śladami chodzących moimi śladami, park pod znakiem 'V', do którego przywiodła mnie cicha, lecz wciąż jasna obecność przenosząc mimowolnie w czasie. Zaglądam tam często, ale nie za bardzo, by klimatu nie zmęczyć i nie przeziębić. Niech sobie mieszka w ciepłych myślach i otoczeniu kwitnących wkrótce drzew. Tam będzie mu dobrze i zielono. 

Kilka godzin później spoglądając na tablicę odjazdów ze stacji Warszawa Centralna widzę pośród pociągów 'Mazury', 'Norwid' i 'Niemcewicz', pociąg 'Morskie Oko' i już wiem, że nie ma przypadków. Są znaki. Znaki zapytania i znaki niezwykle prowadzące za rękę do tego, co jest gdzieś w nas od zawsze, ale przychodzi lekko i znienacka, jak młody, wiosenny deszcz w samo południe, małymi dawkami stanów iluminacji, gdy coś nieznanego się w nas pojawia, otwierając jakieś 'trzecie oko', by przekonać się po chwili, że drzemało uśpione w nas od zawsze.



Pomyślałam, że ten wiersz Herberta mógł być zainspirowany spacerami w okolicy parku.

Przepaść Pana Cogito

'W domu zawsze bezpiecznie 

ale zaraz za progiem 
gdy rankiem Pan Cogito 
wychodzi na spacer 
napotyka - przepaść 

nie jest to przepaść Pascala
nie jest to przepaść Dostojewskiego 
jest to przepaść na miarę Pana Cogito

dni bezdenne dni budzące grozę 
idzie za nim jak cień 

przystaje przed piekarnią
w parku przez ramię Pana Cogito
czyta z nim gazetę 

uciążliwa jak egzema
przywiązana jak pies
za płytka żeby pochłonęła
głowę ręce i nogi 

kiedyś być może
przepaść wyrośnie
przepaść dojrzeje
i będzie poważna

żeby tylko 
wiedzieć jaką pije wodę
jakim karmić ją ziarnem 

teraz 
Pan Cogito
mógłby zebrać 
parę garści piasku 
zasypać ją 
ale nie czyni tego 

więc kiedy
wraca do domu 
zostawia przepaść
za progiem 
przykrywając starannie 
kawałkiem starej materii'

4 komentarze:

  1. "Nie ma przypadków." Nie powinnam się więc dziwić, że znalazłam ten blog wśród miliona innych, a jednak... Wygląda na to, że dużo mamy wspólnych dróg; już pierwsze słowa w nagłówku bloga - zaskoczenie. I inne nazwiska też, ale przede wszystkim Herbert. I teraz chodzę po nieznanej mi Warszawie - lub znanej tylko trochę, przed wielu laty. W Warszawie po raz pierwszy czytałam "Barbarzyńcę w ogrodzie", kupiłam go w nieistniejącej już księgarni Hetmańskiej przy krakowskim rynku, tuż przed podróżą. Teraz chodzę Twoimi śladami, gdy chodzisz śladami Herberta, który tu przychodził myśląc może o innej podróży pociągiem:
    "Pociąg zajechał na Gard du Nord przed północą. Przy wyjściu zaczepił mnie mały człowieczek oferując hotel. Ale spędzać pierwszą paryską noc w łóżku wydało mi się świętokradztwem." Czemu wybrałam "Kamień z katedry"? Bo: "opuszczając jakieś miejsce zostawiamy tam część siebie".

    Mam tu dużo do czytania.
    Ada

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje Ada za miłe słowa i wizytę na blogowych progach :) I ja u Ciebie mam codziennie tyle do czytania i odkrywania :) Bardzo moje, subtelne klimaty, Co do Herberta, to jest to mój ulubiony Pan od Poezji i od prozy po sąsiedzku z G. Herlingiem-Grudzińskim. Słowo o ZH jest jeszcze w notce o Sopocie, w każdej innej jest prawie zawsze jakieś nawiązanie. Zapraszam do odwiedzin Głosów Herberta na FB. Pozdrawiam serdecznie. Ola

      Usuń
    2. "Głosy Herberta" świetne, dziękuję!
      I widzę, że też lubisz patrzeć na świat w drodze: chodzić, wędrować, spacerować i maszerować :-) Co zresztą nie powinno mnie dziwić, skoro "znów wędrujemy".
      Pozdrawiam, miłego dnia
      (i tylko tej wiosny niecnie Ci zazdroszczę :)

      Usuń
    3. Miło, dziękuję, jestem ich 1/2 :) O tak! W drodze wszystko jest ciekawsze. Uczę się widzieć i patrzeć, myśl i wzrok wędrują swobodnie... A wiosna? Wiosna przyjdzie i tak, w Polsce ma trochę dłuższy rozbieg, i możemy cieszyć się nią dłużej. Pozdrowienia z odległej o 600 km Warmii dla Małopolski :))

      Usuń