środa, 1 kwietnia 2015

Kilka słów o marcu między magnolią a wisienką


Żegnam marzec dziękując, że zabrał rutynę i przyniósł lepsze dni, cieplejszy wiatr, kilka słów więcej. Więcej słońca, dłuższy dzień. Powrót włóczykija i sen podróżnika.
Za to, że wydobył kilka momentów złości późną nocą i trzy linijki spokoju nad ranem. Wiele słów, mało treści. Garstkę spokoju między słowami. Cieszę się najbardziej z wydobywania, wyrzucania, z przeciągu, bo z bolącym miejscem w sobie jest źle. I, że zieleni się wokół, Tam, na górze wciąż przewijają się czarne chmury, grożą śniegiem. Ale z ostatnich podniebnych wizyt wiem, że gdy tu, na ziemi jest nijak, tam, nad chmurami odbywają się, niczym w studyjnym kinie, prywatne zachody Słońca. Byłam, widziałam, sfotografowałam ;) tak a la 3 x v. 

Dawno nie byłam w tylu parkach, i nie spędziłam tylu godzin przed monitorem. Miesiąc był bardzo intensywny, na pewno po bandzie, co jeszcze do mnie nie dociera. Egzamin z zadań specjalnych zdany, ten drugi pewnie nie. Stan satori to to nie jest, ale równowaga już bliżej niż dalej. Wciąż zasypiam i budzę się na słowach. Czekam na wiatr co rozgoni ciemne, skłębione zasłony...

Kilka niebywałych spotkań, zbiegów okoliczności, miejsc. Tych z serii:

"los /albo ten przeczytany jako las :) / wie czasem kogo ze sobą zetknąć, 
choćby po to, żeby spotkanie stało się dla nas olśnieniem" 
z Julii Hartwig... 
Tak właśnie. Niezwykłe, wiem... . Przyciągnięte myślami, kadrem skrawka nieba w pewne lipcowe niedzielne popołudnie, tęsknotą za światłem, za przebudzeniem, ruchem firanki w otwartym oknie, słowem do wnętrza. 

Tak jak z tego wiersza:

Ta jedna chwila dziwnego olśnienia

kiedy ktoś nagle wydaje się piękny

bliski od razu jak dom kasztan w parku
łza w pocałunku
taki swój na co dzień
jakbyś mył włosy z nim w jednym rumianku
ta jedna chwila co spada jak ogień

nie chciej zatrzymać
rozejdą się drogi -
samotność łączy ciała a dusze cierpienie

ta jedna chwila
nie potrzeba więcej

to co raz tylko - zostaje najdłużej

"Spotkanie" ks. Jan Twardowski

Nieprzemijające, choć chwile, nieulotne jak piękno magnolii, która już kwitnie 


i kwiatów wisienki, która już wkrótce. Co roku 11. kwietnia fotografowałam tę rosnącą tuż przed drzwiami do starego mieszkania. Bardzo na nią czekam. W tym roku będzie mały poślizg. Po mojej stronie. Wisienka, mam nadzieję, przybędzie o czasie. Ta codzienna trwa bez pór roku i zapowiedzi, ulatniając się na moment albo dwa, by powrócić ze zdwojoną mocą i dać nam po głowie. Ale spokojnie. Na podsumowanie tej meteorologicznej notki powiem, że czas nas uczy pogody. 



2 komentarze:

  1. Mam podobnie - czuję, że stare rany wreszcie zaczynają blaknąć, zjawiają się nowe energie i nadzieje. Najważniejsze (dla mnie przynajmniej) jest przeczucie, że są rozsiani dookoła ludzie, z którymi możliwa jest głębsza komunikacja niż z 99% reszty ludzkości:) To przeczucie pozwala wyleczyć się trochę z tego smutnego solipsyzmu, który potrafi zatruć codzienne życie. Może ta wiosna będzie szczególna?
    Czego pani i sobie życzę;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję, Wiem, że 'będzie dobrze'. Tak jest, ludzie najważniejsi, ale kwiatki, pszczółki i motylki też pomagają trochę bezwiednie, ale energetycznie, choć taki małe. Czase oczywiście wpadnie jakiś komar i ugryzie, ale nic to. Trzymaj się ciepło i jeny...już kwietniowo ;)

    OdpowiedzUsuń