Dochodziła 6 rano kiedy opuszczałam Londyn. Siedząc w busie na lotnisko i żegnając na chwilę migające w oddali miasto i mijaną wlaśnie wioskę olimpijską w Stratford, tą samą za którą za dnia obejrzy się niejedna głowa płci obojga, a którą nocą przyćmiewa wschodzące na horyzoncie słonko, spojrzałam na będący mocno do przodu zegar autobusowy pokazujący... 17:17.
Uśmiechnęłam się i pomyślałam nad tym, jak chwila uruchamia pamięć, szaloną gonitwę neuronów i rozpoczyna grę w skojarzenia. Wybiega w przód, cofa się i patrzy w skupieniu hen daleko nim gorejące niebo nie nabierze barw i kresek post-impresjonistycznych, gdzie widnieją twarze, nie liczby.
Ktoś, kto z własnego wyboru milczy, ma dziś urodziny. Wszystkiego co najlepsze myślę sobie, i znowu uśmiecham się trochę inaczej niż przed momentem do dobrych wspomnień mknących smugą jak przeciąg w pamięci. Choć jest mi i kilku innym osobom bardzo przykro, wysyłam dobre życzenia gdzieś w przestrzeń.
Wszystko stało się przez liczby, cyfry, paragrafy i nieumiejętność poradzenia sobie z pewną rodzinną sytuacją i wybór drogi najprostszej. Drogi milczenia. Szkoda. Pomyślałam sobie jeszcze, że w tej właśnie chwili jestem w drodze, teraz a nie innego dnia, również przez liczby, cyfry i paragrafy i nieumiejętność wyboru dróg prostych. Ale tak już mam.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz