środa, 4 marca 2015

Pół roku w trzy minuty na Lombard Street

Za kilka trzecia pędziłam ulicą Lombard Street w stronę stacji metra Bank, by być 7 minut później z powrotem w biurze. Ilekroć tamtędy przechodzę zawsze myślę ciepło o tych kilku miesiącach 'lata w Nohant' spędzonych w okolicy.

Poranny sprint z Cannon Street kiedy słońce było jeszcze nisko, potem popołudniowe  spacery zaułkami między Bishopsgate i Cornhill i piesze powroty na London Bridge przez Birchin Lane zakończoną od południa marmurową kotwicą. Ilekroć jestem w okolicy, każda wizyta natychmiastowo przenosi mnie do preludium zbliżającej się jesieni i zmian, które nastąpiły wraz z ostatnim porannym przejściem uliczką The Change Alley w końcu września zwiastującym prawdziwe changes na wielu frontach. Żal było opuszczać okolice kościoła św. Michała, gdzie poniedziałkowe koncerty organowe serwowałam sobie na lunch, uliczki i pasaże obok zamkniętego kościoła św. Piotra schowanego tuż obok dawnego najstarszego londyńskiego coffee shop, obecnie Jamaican Wine Bar przy St. Michael's Alley, jeszcze sprzed czasów Wielkiego Pożaru. 

Podróże w przeszłość trwają krócej niż piesze wycieczki po okolicy, byle myśl przenosi w czasie konkurującym z pierwszą predkością kosmiczną. Tak było też wieczorem, gdy tuż po 21ej w zejściu na platformy metra napotkałam tego samego pana grającego na didgeridoo, którego widok zatrzymał mnie na kilka dobrych minut ostatniego dnia października, w przejściu między liniami metra na Leicester Square.      


Wczoraj po 21ej trafiłam na tego samego pana i ostatnie niezwykłe dziwięki tego samego instrumentu wyglądającego niczym słoniowa noga wystająca spod wiszącej skały. Kończył już granie ale to, co usłyszałam skutecznie poprowadzilo mnie wiadomym torem. Niezwykłe zupełnie, że ledwie wieczór wcześniej w tym samym miejscu stał inny grający na flecie, co automatycznie przeniosło mnie w klimat filmu. :) Dwa wieczory z wiszącą skałą w głowie zbiegając schodami w dół kilka pięter pod ziemią skąd raczej bliżej do piekła niż w góry, ale w myślach wszystko jest możliwe, zwłaszcza nagły twist i podróże w czasie i przestrzeni. Taki zwykły 'madeleine moment' jakich pełno w moim życiu i niewypranej z emocji pamięci do ludzi, miejsc i zdarzeń. Wcale niełatwo z tym żyć, ale jak żyć bez pamięci? :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz