niedziela, 29 marca 2015

Do Oliwy Drogą

Dziś będzie o tym, że zawsze warto i że głupi ma szczęście, mimo braku oliwy. I o Herbercie. Przy okazji zapraszam miłych zaglądających do odwiedzenia Głosów Herberta na FB, których jestem 1/2. A teraz do rzeczy ;)


Gdańsk przywitał mnie deszczem, ale to nic, bo schodząc z samolotu na polską ziemię w słuchawkach miałam U2. W pamięci zobaczyłam kawałek koncertu z 2009 roku i polską flagę. Kiedyś, odwiedzając Polskę o wiele rzadziej niż ostatnio miałam przed oczami Jana Pawła II klękającego po zejściu z samolotu tuż po wylądowaniu w Kraju, by zanim nastąpią szachowe ruchy protokołu dyplomatycznego ucałować polską ziemię. I do dziś wzrusza mnie ta myśl i ten widok... . Dziś uśmiecham się za każdym razem ogarniając płaski aż po horyzont.lotniskowy widok. Znowu jestem w Polsce :) Znam trasę z kilku lotnisk do miast na pamięć, ale nie chce z tego korzystać, wolę patrzeć na to, co wokół świeżym spojrzeniem krótkowzrocznych oczu. Tak, by patrząc widzieć jak najwięcej. Siódmy zmysł obserwacji jest na pierwszym miejscu.

Po kilku minutach cieszę się, że 'przygotowałam się' na pogodowe niesnaski. O 9:30 rano na lotnisku Stansted byłam chyba najcieplej ubraną osobą, Stały bywalec parków Londynu, Nowego Yorku czy Paryża bez trudu rozpozna polskie maluchy przyodziane z reguły za ciepło przez polskie mamy. Czułam się podobnie :) sama sobie gotując (!), bardzo dosłownie, ten los :))

Na lotniskowym przystanku w Gdańsku czekam niemożliwie długo aż 210 zawiezie mnie do centrum. Powodem zagapienie, bo wsiadam w dobry autobus, ale w złym kierunku, dzięki czemu widzę jak bardzo rozbudowuje się okolica. Podobnie jak na krakowskich Balicach, albo i prężniej. Budynek lotniska jest już ukończony, teren wokół niemożliwie wykończony i rozkopany. Za jakiś czas dotrze tu kolej. Tempo robót podpowiada, że długo czekać nie będziemy. Szybki rozwój i wykorzystywanie okazji jest dość charakterystyczny dla całej aglomeracji gdańskiej. Czekam na kolejny 210. W międzyczasie uwalniam przestrzeń w telefonach. Aparat jeszcze w naprawie. Napotykam na pdf o El Camino z kwietnia ub. roku oraz link do El Camino The Black Keys wysłany rok temu w marcu przez już byłego kumpla. Biorąc pod uwagę kilka ostatnich epizodów związanych z Camino myślę, że 'coś jest na rzeczy'. Droga jest totalnie podświadomie obecna i pojawia się jak cień od kilku już lat. Nie wiem skąd i dlaczego, ale zaczęło się od tego zdjęcia, po tym jak ktoś gdzieś napisał, że najpiękniejsze niebo jest nad El Camino. Droga wraca w postaci osób, miejsc i snów. Ostatnio często i regularnie.


Wycieczka objazdowa w godzinach szczytu Moreną i okropnymi blokowiskami trwa tyle, 'co droga do piekła - cała wieczność'. Docieram ostatecznie przed wspaniały budynek gdańskiego dworca głównego ok. 16. Nadal kropi. Przez chwilę podziwiam misterną konstrukcję, zdobienia i tą żywą, cynobrową mokrą cegłę. Choć ma nieco ponad 100 lat wpasowuje się w niderlandzki sznyt gdańskiej Starówki. 


Łapię na chwilę wifi (niezawodny sygnał PKP) i rozważam gdzie jechać, ewentualnie pójść. Pouśmiechawszy się do telefonu, zapominam odstawić walizeczkę do schowka i lecę z nią i plecakiem na SKM-kę. Podwójny bagaż podręczny :) Jutro to poczuję. Peronowy automat do biletów uznaje jedynie monety i banknot 10 zł. Sorry, nie posiadam. Odjazd za 5 minut. Więc zwrot schodami w dół  do kasy, tam odstanie w kolejce i ponowny pęd na platformę. Okazuje się, że bilet należy skasować w automacie na peronie. 3 sekundy po tym jak daję susa z powrotem do pociągu zasuwają sie drzwi i ruszamy :) Wszystko dobrze - gramy dalej. 

Z ostatnich odwiedzin i pierwotnych planów miejsc do odwiedzenia - 12 godzin w Gdańsku w styczniu pozostała mi Oliwa i pocysterska katedra oraz chęć zobaczenia tablicy poświęconej Herbetowi w budynku Biblioteki Uniwersyetu Gdańskiego przy stacji Gdańsk Przymorze na ul. Wita Stwosza 55. Jest 16:30. Myślę naprędce "za dwie godziny będzie zmierzchać"; nie wiem dokładnie o której mam autobus do domu, ale liczę, że coś mnie dowiezie, ale miasteczko na końcu mapy nie jest topową 'destynacją' (nie cierpię tego słowa, i poza dziś nie używałam;). Z błyskiem w oku zmieniam pierwotny plan i decyduję się na wizytę w Oliwie, potem udam się na Przymorze. 


Nigdy tu nie byłam, nie mam mapy. Zagadnięty w przejściu tzw. 'młody człowiek' na pytanie 'po której stronie stacji jest katedra' pyta 'jaka katedra?'. Hmm... :))) Mam ubaw. Mały, za chwilę duży. Wie za to, że po przeciwnej niż morze. To już coś :) Przestaje kropić. Dobrze dla okularów i czapki. Nie doszłam jeszcze całkiem przed parterowy pastelowy budynek dworca i czuję to samo, co w styczniu w Gdyni Orłowie


Nieliczni współwysiadający znikają. Pozostaje spokój, osobność, a nawet osobliwość tego zakątka miasta, zupełnie jakbym się znalazła w pustawym Nałęczowie czy Kazimierzu. Typowe wyciszenie. Mikroklimat i zamknięcie. Myśląc terminologią M&A z KSH to taki 'podział przez wydzielenie' :) Na prywatny użytek myślę 'Oliwa - Zacisze' i za chwilę wiem, że katedra jest „kawałek prosto, przez światła, w prawo i potem można parkiem, ale jeszcze dalej w prawo" skąd już zobaczę wieżę, dopowiadam sobie, bo wiem, że mnie poprowadzi. Brzmi wspaniale. Cieszę się, że nie jest ani 'na tacy', ani 'na wyciagnięcie ręki' (w moim przypadku ręki z walizeczką, na czterech kółkach) i nogi. Idę z poczuciem misji we wskazanym kierunku. Trafiam na oflagowaną gęsto ulicę, miasto właśnie obchodzi rocznicę 'wyzwolenia przez sowieckich Rosjan'. Widzę park i natychmiast czuję, że choćby to nie było po drodze muszę tam wejść i iść tym parkiem, zgranym z ciszą i dziwną atmosferą Oliwy. 



Dwie długie główne aleje przedzielone równie długim stawem otoczone gęsto posadzonymi stykającymi się lipami zamykającymi szpaler czymś w rodzaju konarowego sufitu. To legendarne barokowe bindaże. Drzewa wciąż nagie, ubrane jedynie w mech, co znowu tworzy atmosferę ni to z bajki, ni z teatru. Widok to zupełnie niebywały. Piękny. Inny. Trochę jak miniatura alei wiązowej tuż przy Tamizie w londyńskim Temple Gardens. 




Wyobrażam sobie przez chwilę jak tu jest latem, a jak jesienią. Już wiem, że na pewno wrócę, by to sprawdzić. Przemierzam park obserwując kaczki płynące po stawie, zostawiając za sobą 3 razy V na wodzie ;) Kiedyś ten widok na staw nazywano Księżycowym, za sprawą iluzji optycznej przedłużenia morza, widniejącego na horyzoncie sprzed zabudowania terenu między dzisiejszym Parkiem i Zatoką.


Tu bardzo powoli wraca pozimowe życie. Krzaki już wypuściły pędy, a te rozchylają maleńkie listki. Skręcam lekko w prawo i znowu mijam parkowe miejsce jak z bajki. Wspaniałe drzewa. Zauważam, że przebiśniegi jeszcze się trzymają. Myślę przez sekundę o tych spod lubelskiej katedry, sprzed dwóch już tygodni. Czy jeszcze są? Katedry wciąż nie widać, a podobno wciąż idę w jej kierunku.

Tuż przed budynkiem Muzeum i Pałacem Opatów park poszerza się o kilka stawów. Ptaki śpiewają całą mocą, zupełnie inaczej niż w Londynie. Powietrze jest inne. Niesie mnie zachwyt. 

Zaledwie godzinę wcześniej siedząc na przystanku widziałam deszczowy chłodny świat obrazami niezrobionych zdjęć, a tam, wśród drzew, ożywam i wszystko układa się w gotowe kadry. Wyławiam kilka dwoma telefonami. Chwilowy marazm i stagnację zawsze pokonuję zachwytem pejzażem, parkiem, zielenią,.. Jakimś takim przebiśniegiem w marcu.









Już widzę katedrę i mury przyklasztorne. Brukową kostką idę ku wieżom. Katedra robi wrażenie, jest piękna, wysoka i dosyć wąska. Po stylowych przejściach. Budowana od XII wieku rozrastała się przez następnych kilka.

Tablica przy wejściu informuje o herbie Janina z XVII w.


Do katedry prowadzą półokrągłe, białe drzwi. Przedziwne, pałacowe. Staję przed ogromną, wąską przestrzenią katedry, jest biała z rzadko zdobionym gwiaździstym sufitem sklepienia.


Zamieram na chwilę lub dwie ogarniając wzrokiem majestat wnętrza. Kościół jest długi na prawie 100 metrów. Najdłuższy w Polsce. Odwiedzam boczne nawy, kaplicę i wychodzę banalnie myśląc ileż historii mieszka w tych murach. Charakterystyczna cysterska zabudowa izoluje katedrę od reszty miasta sprawiając, że dojechać można do niej tylko od frontu. Stoję jeszcze chwilę na placu i studiuję uliczną mapę. Gdzieś w okolicy jest kościół św. Jakuba. Wowsers! Jestem znowu na Drodze... Ponownie niezamierzenie. W takich momentach najbardziej łapię się na tym, że to nie ja tu pociągam za sznurki. Jedyne co robię to chcę iść, i spontanicznie zmieniam plany. Reszta jest tajemnicą kompasu. Idę najpierw w złą stronę, widzę kawałek oliwskiego rynku, cofam się i po chwili jestem przed niewielkim kościołem św Jakuba. Na Pomorskiej Drodze św. Jakuba. 





Kościół jest zamknięty, więc stoję chwilę patrząc na znaki i przepiękną, dużą muszlę El Camino ponad tablicą. Stąd do Santiago 4050 km. Pięć dni wcześniej miałam sen kończący się słowami 'najważniejsza jest Droga.... El Camino de Santiago' albo coś koło tego ;) Nie wiem skąd przyszedł. Może stąd, że Marek Kamiński wyruszył z Kaliningradu do Santiago de Compostela - 'od bieguna rozumu do bieguna wiary'. Może przez sposób w jaki się o tym dowiedziałam :) Nie wiem. Ale niespełna dwa tygodnie wcześniej szłam chwilkę Małopolskim szlakiem Drogi w Lublinie. Co ciekawe, myśląc dokładnie tydzień temu jak przylecieć do Polski szybciej niż zamierzałam planowałam, by może polecieć do Szczecina, gdzie na pewno udałabym się do katedry św. Jakuba. W dzieciństwie bywałam tam co roku. 

Tymczasem dochodziła 18, musiałam pędzić na Przymorze. Oczywiście przez Park i potem al. Grunwaldzką. 





20. minut później byłam przed kampusem UG. Mijając budynki wydziałów ponownie pomyślałam, że równie dobrze mogłam tam studiować :) Biblioteka była jeszcze otwarta. Ufff. Bardzo sympatyczny pan ze Straży Uniwersyteckiej pokazał mi tablicę wmurowaną w 10. rocznicę śmierci Herberta. Widniejący na niej wiersz, zadedykowany Josifowi Brodskiemu odczytałam bardzo osobiście, jako bardzo a propos. 


Pan strażnik okazał się miłośnikiem i znawcą polskiej poezji oraz terenów Warmii ;) Pomówiliśmy chwilę o ZH jako niedoszłym Nobliście. Cieszę się, że to właśnie Gdańsk na długo przed wielką sławą i uznaniem okrzyknął Go Księciem Poetów. Było bardzo sympatycznie, ale musiałam się mocno spieszyć, by dotrzeć do domu najlepiej w ciągu najbliższych kilku godzin. Na dworcu jestem przed 19. Okazało się, że autobus odjechał 8 minut temu oraz, że kolejny jest nie za dwie godziny, ale już za kwadrans. Więc nici z wędrówek po Starówce nocą. Pomyślałam, że dobrze jest się zdać na los i pozwolić się prowadzić. W domu melduję się o 21:30. W ten weekend ponownie zmiana czasu. Myślę o ostatniej zmianie, spotkaniach, skojarzeniach oraz, że w naturze nic nie ginie. 

4 komentarze:

  1. Ja też w Polsce:) Najpierw sypał śnieg, teraz leje. No i mam krajobraz górski, nie miejski. Gdańsk mnie ciągnie, mało znam, ale wyczuwam coś specjalnego, jak w Krakowie.
    A co do Camino, to ciągnie mnie bardzo. 7 lat temu przeszedłem Camino Frances i chcę znowu. Szczególnie teraz czuję potrzebę jakiegoś rytuału przejścia, żeby zakończyć jedną epokę i ruszyć dalej, bo trochę utknąłem.
    Widziałaś mój dziennik i zdjęcia z Camino?:) Może coś cię bardziej jeszcze zainspiruje:
    http://garsc-drobnych.blogspot.com/2009/03/okruchy-camino-normal-0-21-false-false.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A do Lwowa Cię nie ciągnie? U mnie też pada, wprawdzie deszcz, ale na dalekiej północy końca mapy wszystko się może zdarzyć ;) Kraków równie specjalny jak Gdańsk dla mnie, chociaż Kraków w zupełnie inny sposób ;) Camino... zajrzę zaraz. Pozdrawiam z Warmii :)

      Usuń
  2. Do lwowa mnie też ciągnie. I widziałem, że się wybierasz, chyba na fejsie napisałaś? Nie pamiętam:) Dołączyłbym się z chęcią, jeśli miałbym więcej wolnego. Ale dwa tygodnie ledwo starcza, żeby wytarzać się w moich ludziach kochanych tutaj na wsi, no i w górach:)
    Za to Camino chodzi mi po głowie na poważnie, może nawet w lecie bym ruszył na wędrówkę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadza się :) na całe trzy dni jadę. Pogadamy o Camino po powrocie do Lewisham ;)

    OdpowiedzUsuń