czwartek, 26 marca 2015

Błogosławiona nieprzewidywalność



Za kilkanaście godzin wsiadam po raz 13 w tym roku do samolotu do Polski. Planowałam trochę później. Po raz kolejny przychodzi mi do głowy Tuwim ... Plany... Ostatnich kilka dni wpasowuje się w rytm, który kocham w życiu najbardziej: wolność i nieprzewidywalność zwana losem, karmą. Życie po prostu. The Change Alley, jak pół roku temu, na wielu frontach :)




Dawno przestałam się złościć na takie gmeranie w i tak niepoukładanym życiu, lubię niespodziewane i zmiany. Naturalnie te przyjemne, bo te gorsze niejednokrotnie muszą przejść kwarantannę w oczekiwaniu na akceptację. Ale sam fakt braku kropki i jakiejś skończoności, jest fascynujący. I tak z nagła życie mrówki na trasie praca-dom, paragrafy i egzaminy, wielki dół i wycie do księżyca, zamieniam na życie wędrownego motyla. Marzec zazwyczaj przynosi mi świeżość, siłę i energię. Tak jest i w tym roku. Zamykanie kilku spraw. Powoli, na zewnątrz kwitnie, w środku się goi. I z bliźnim się można zabliźnić. Idzie nowe. 

W poniedziałek zamiast włóczyć się ulicami Dublina wypadł koncert w Barbican, bo ja, niby taka ogarnięta i ze słoniową pamięcią zrobiłam double booking ;) Carmina Burana przepięknie wykonane... Cena £10.



Niebo tamtego wieczora nad Dacres Road za darmo :)


Następne dwa dni to jakieś godzin w drodze. Kilometry w nogach. Błota Dulwich Wood. Jeszcze nagie, wysokie drzewa, wilgotne powietrze, przestrzeń. Dzikie miejsce wielu upadłych drzew. Czuję wolność i ładuję baterię.






Pierwszy wiosenny deszcz na skrzyżowaniu Fountain Drive i Crystal Palace Parade, granatowe niebo, delikatna tęcza w drodze do Blue Mountain Cafe na Sydenham. 24 marca to jeden z moich ulubionych dni w roku, bez powodu. Urodziny za 4 m-ce, a prezent w postaci takich momentów dostaję w miarę regularnie. Od losu :) Witam w Lewisham borough. Gdzie czasem słońce, czasem deszcz. 





Przechodzimy parkiem Crystal Palace. A tam, późnym popołudniem czas się zatrzymał i ja też.




Ostatecznie poimy psy i siebie w lokalnym pubie, gdzie nie serwują jedzenia :) 


Wracam po pięciu godzinach. Pada kolejny, wieczorny deszcz. W słuchawkach U2... I ze mnie też pada. To wciąż czuła nuta :) 

Dzień kolejny. Scena jak z filmu. Pędzę rano na pociąg. Mam 11 minut by przejść przez Mayow Park i dotrzeć do stacji Sydenham. Wchodzę do pustego, słonecznego parku.


W słuchawkach radiowa Dwójka właśnie nadaje Święto Wiosny Strawińskiego. Już wiem, że nie pobiegnę na stację. Telefon do koleżanki, wsiadającej parę stacji dalej, bierzemy następny pociąg. Muzyka przyspiesza, ja też. Wybiegam z parku. Na Recreation Road ponownie przystaję, by popatrzeć na śliczne wiosenne herbaciane róże, które ktoś ma szczęście mieć przed domem. Uśmiecham się do V-brzozy, co ciekawe w okolicy ich brak, inne rosną tylko przy wylocie ulic prowadzących do stacji Forest Hill. Do niedawna mojej najbliższej stacji wzgórza bez drzew.


Zdążam na wcześniejszy pociąg :) Jedziemy do Hampstead Heath. Już parku zmierzamy na jego północno-zachodni koniec. Kenwood House. 



Zaczyna padać grad. Po chwili znów jest w jasno. Towarzystwo sympatyczne, ale preferuję samotne wędrówki. Wtedy myśl swobodna, brak przymusu i kompromisów.


Park ogromny, 320 ha łąk, lasu, jeziorek, wzgórz... 




Odwiedzamy legendarny The Spaniards Inn pub, gdzie Byron, Dickens i Keats bywali. Bardzo spokojna okolica. Ruszamy w dół do końca Kenwood Estate i od połowy parku w lewo do Highgate Cementary. Ale najpierw posiłek w Highgate Village, po którym okazuje się, że właśnie zamknęli cmentarz, gdzie Marks, Engels, Dickens i Feliks Topolski. Na starszej, również zamkniętej części, położonej naprzeciwko jest Wzgórze Białego Orła oraz groby powstańców listopadowych. I tak wracamy do Hampstead Heath, wspinamy się na Parliament Hill, by trafić na mające się ku zachodowi słońce. 






Droga przed nami jeszcze daleka. Ostatni na trasie jest dom Freuda. Uroczy, ale też zamknięty. 



W ten oto sposób wykończyłam koleżankę i psa :) a powrót ze stacji Frognal&Finchley, więc maszerujemy dalej. Intensywnie, per pedes po długich tygodniach ślęczenia przed monitorem, gdy tylko godzinna przerwa w pracy i łażenie po zaułkach City ratowała dzień, mam ogromną potrzebę odrobienia straconego czasu. Nie czuję zmęczenia dopóki nie siadam w pociągu. A o siedzenie trudno aż do Highbury&Islington. Regeneracja przebiega błyskawicznie we wszystkich trzech przypadkach. Bo następnego dnia  udajemy się na zakupy. Tych wędrówek zdecydowanie nie cierpię.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz