sobota, 21 marca 2015

Przedwiosennym spacerkiem po Lublinie


Ileż razy czekałam na peronie 4. Warszawy Wschodniej na pociąg do Lublina; ilekroć tamtędy przejeżdzam zawsze wspominam te chwile i wypatruję znajomej ławeczki tych z przesiadką

Zapomniałam zupełnie, że Lublin lubi deszczyk i chłód. Wspomienia pogodowych kaprysów ściany wschodniej wróciły do mnie tuż przed 10. rano, gdy tylko postawiłam nogi na lubelskiej ziemi. Przygotowałam się i na to wyposażając w wariant ubraniowy optymistyczny na +10 i nieco bardziej zimowy, poniżej 5 stopni. 



  

Lekka mżawka, chłodne powietrze, przyspieszony oddech. Przystanęłam na chwilkę na schodach dworca PKP, patrząc uśmiechniętym spojrzeniem dookoła, rozpoznając i obejmując wzrokiem to, czego fizycznie nie moglam objąć ani przytulić przez tyle lat. Trzeba się rozstać, by ponownie móc się spotkać.

'Jestem...' pomyślałam w odpowiedzi na 'Kiedy Cię spotkam, co Ci powiem' i ruszam na spotkanie z 'witaj przygodo', na spotkanie z Tobą. Prawdziwym, żywym, innym niż ten z niejasnej krainy obrazów przechowywanych gdzieś między lewym uchem a okiem, a może znacznie bliżej serca lub wątroby, gdzie podobno mieszka dusza. . 

Z Lubartowskiej, gdzie wysiadłam, szybki rzut oka na Krakowskie, na Ratusz, potem już niespiesznie ciągnąc walizeczką po bruku Bramą Krakowską na Rynek z oczami na szeroko, by nic nie przegapić, minąć Budynek Trybunału Koronnego i spojrzeć w dół, gdzie Trybunalska spotyka Grodzką. Jak uroczo, cicho i pusto ! I tak prawdzie wśród kamienic, tam gdzie tynk odpada i tam , widać precyzję, detal wykończenia i czuć świeżą farbę :) Choć w życiu bywam maksymalistką zawsze fascynuje mnie minimalizm miejsc i zwyczajność życia. Też wśród murów. Wiem, że nie będzie to zwykły dzień i zwykły spacer ni to turysty, ni to eks mieszkańca. Fascynacja Tobą zawsze idzie za rękę z nieustającą sympatią i ciekawością małego odkrywcy. Nie liczę na wiele. Wiem, że dziś jestem jedną z wielu, które Cię spotkają. Na pewno inaczej. Mimo to, czuję, że miesza się we mnie radość wyczekującego z nieśmiałością podekscytowanego. 

Zatrzymałam się na poddaszu mieszkania na ul. Złotej, skąd widok na dachy sąsiednich kamienic ulicy Archidiakońskiej i Kościół Dominikanów - mój ulubiony 'od pierwszego wejrzenia' 16 lat temu. Słyszę na Złotej, ze trafiłam na 'wyjątkowo brzydki weekend'. Hmmm..., myślę, nie ma takich, nie w mieście, do którego pisze się nocami tęsknę listy miłosne. Jestem na górze. Okno! Z 'głową w chmurach' wyglądałam z okien kolejnych trzech pokoi. Kilka minut na wysokościach ponad dachami Lublina przeniosło mnie w tyle miejsc, tylu lat. Godzinny zaledwie pobyt wydał mi się tym z kategorii 'przeżyłam trzy życia w kilka minut' :) Złudzenia wyobraźni i pamięci zostawiam na górze, opuszczam poddasze 









pierwsze kroki kieruję do Dominikanów, by choć przez kraty wrót przywitać się z barokowym wnętrzem kościoła stylowo 'po przejściach', które tak bardzo przemówiło do mnie przed laty. Kościół jakby mniejszy, wciąż miejscami w remoncie. Z ulgą stwierdziłam, że traktowanie botoxem nie nastąpiło, może małe bielenie tu i ówdzie, ale klimat zawieszenia, jakiejś tajemnicy, niedobór swiatla i spokój ocalono. Dziwne. Zapamiętałam go jako surowy, milczący, trochę mroczny, tymczasem zobaczyłam światło, kolory i jak dawniej  - usłyszałam ciszę. Czyimi oczami patrzę na Ciebie, dzisiejszymi, czy tymi sprzed lat? Nie wiedziałam. Z tym i innymi pytaniami wyruszyłam w stronę Zamku.



Na trasie, na rogu Archidiakońską i Złotej napotkałam pierwszy ze znaków El Camino de Santiago, który pół godziny wcześniej powitał mnie przy Złotej - pomyślałam, że będąc w lipcu w Olsztynie też zupełnie nieświadomie szłam chwilkę Warmińskim szlakiem północnym, tuż przy katedrze św. Jakuba, tak podobnej do tej Toruńskiej i tej Szczecińskiej, do której wstąpiłam na momencik, 


Chwilkę dalej, na Placu po Farze, gdzie drugi znak Drogi, przywitał mnie widok polskiej flagi, Zamku i Czwartku, przy sobocie. Plac zapamiętałam jako miejsce otoczone płotem i rozkopane, tymczasem dziś widzę tam niskie mury - symboliczne fundamenty kościoła św. Michała Archanioła z czasów Leszka Czarnego. 




Po chwili udałam się w stronę Zamku schodami w dół, mijajać trzeci znak Drogi i zaraz w górę, szczęśliwie nie potykając się i ocalając nogi. Jest dosyć stromo. Fajnie, lubię jak jest trochę pod górkę.




Jestem ponownie na wysokościach, łapię chłodne powietrze, spoglądam niczym Wilhelm Zdobywca z zamkowego wzgórza na Stare Miasto tak wielu wież i nieregularnych barwowo i konstrukcyjnie budynków, dachów zupełnie już regularnej, elipsowatej, trochę bajkowej zabudowy Placu Zamkowego. Widok to dla oczu jeden z tych za 'milion dolarów' warty tyle, ile warte jest piękno doskonałe i nieprzemijające dla duszy patrzącego. Dziś żyje życiem turystów i okolicznych sklepikarzy, jakie było dawniej? 


Chwila na dziedzińcu zamkowym w deszczu i pomysł, by wrócić tu troszkę wcześniej, niż za 5. godzin. Powód muzyczny :) Jest 12. w samo południe, widok z Zamku, wywołuje uśmiech a spojrzenie na prawo momentalne zdegustowanie wciąż obecnymi sąsiadującymi z Dworcem PKS straganami. Za tydzień, w pierwszy dzień wiosny, mam być w Dublinie. Słowa Gałczyńskiego, że 'Dublin to z balladami kram' przyszły mi do głowy jako 'Lublin to ze straganami kram' pasujące bardzo do tej niezbyt gustownej mozaiki pasków i kontrastów. Dziś, pisząc te słowa już wiem, że Dublin wypadnie z planu - cyfry, liczby, paragrafy :(



Schodząc bocznymi schodami z Zamku przyjrzałam się rzeźbie Lwa spoglądającego trochę zawadiacko, z podniesioną głową na Stare Miasto. Napis 'Semper Fidelis' na tylnej części cokołu sprawił, że zamarłam na sekundę, bo jest to kolejny, po gdańskim Janie III Sobieskim, pomnik lwowski w Polsce, jaki widzę przypadkowo w tym roku.



Patrząc dalej, widzę kolejne wzniesienie, uwieńczone szarawą bryłą kościoła wśród drzew. To XVI-wieczny kościół św. Mikołaja, w dawnej dzielnicy żydowskiej. Kolejne miejsce do odwiedzenia. I kolejna wspinaczka na kościelne wzgórze. Nie wiem, czy nadal tak jest, ale pamiętam czasy, gdy studenci I.roku, może nie tylko prawa, byli wyznaczani do kwestowania na rzecz KUL-u, stojąc pół dnia pod wyznaczonym kościołem z puszką w listopadową niedzielę. Trafiłam z koleżanką właśnie pod ten kościół, i byłam bardzo niezadowolona, że nie udało mi się wykręcić. Nigdy później chyba już tam nie wróciłam. Aż do teraz, kiedy to po latach, szłam na spotkanie z tym miejscem, czułam inaczej. Sentymentalnie :) Pewnie też dlatego, że panorama starego i nowego miasta - nagromadzenie lubelskiego piękna wciśniętego między niebem a brukiem przysporzyła mi mnóstwa zachwytów i radości przeżyć. Mogłabym tam stać i patrzeć aż do utraty tchu, słuchać miasta i kontemplować w bezruchu obraz rozciągających się niczym gigantyczna układanka dachów usianych gęsto w oddali kamieniczek, ich rozmaitych kształtów i kolorów. Momentalnie ogarnia mnie uczucie bezgranicznej radości. To, co dalekie i niewyraźne nagle jest tak bliskie. Jak dobrze. Chwila z pięknem to tylko chwila, nie patrzy się zbyt długo na Słońce :) Wzgórze kościoła św. Mikołaja dodałam już oficjalnie i koncyliacyjnie do ulubionych. Opuszczam to miejsce myśląc nad 'stara miłość nie rdzewieje' zwłaszcza ta 'od pierwszego wejrzenia'. Nie taka dosłowna, jak bywa między ludźmi, to raczej poczucie przestrzeni i wolności, jakiejś kompletności, coś czego niesposób nazwać. Oddech spokoju i błysk w oku. Serce bije pełniej. 



„Kiedy świat staje” Z. Herbert

Zdarza się to bardzo rzadko. Zaskrzypi oś ziemska i staje. Wtedy wszystko staje: burze, okręty i chmury pasące się w dolinach. Wszystko. Nawet konie na łące nieruchomieją jak w nierozegranej partii szachów.


A po chwili świat rusza dalej. Ocean połyka i wymiotuje, doliny dymią, a konie przechodzą z czarnego pola na białe pole. Słychać także rozgłośne trzaskanie powietrza o powietrze.

Czas na ulicę Grodzką. I kolejne schody :) Położenie miasta na wzgórzach i skoncentrowanie jego centralnej części na terenie mocno wyżynnym mówi sporo o jego budowniczych, bez wątpienia ludzi nieustępliwych i wytrwałych. Chwała im za to. Wszak Drogę poznaje się nogami. Podobni musieli być mieszkańcy, skazani przez wieki na intensywne zdobywanie szczytów miasta, za to z sukcesem jakiego nie spotkał Syzyf. Spacer od Bramy Grodzkiej przez Plac po Farze i Rynek, między kamieniczkami ku Bramie Krakowskiej odbyłam tego dnia kilkukrotnie. Co znaczy, że powtórzyłam wszystkie wspinaczki i zejścia 'kamiennymi schodkami'. 


Wzmożony deszcz sprawił, że wstąpiłam do Między Słowami, gdzie przypomniało mi się, że śniadania nie było. Trafiłam za to w sam środek planu nagrywanego wywiadu :) Niestety, poza dobrą herbatą i książkami nie znalazłam tam nic bezglutenowego. Skosztowanie herbaty 'Powrót Włóczykija' wydało mi się podwójnie "bardzo na miejscu", a po kilku łykach bardzo słuszne. Chwila z poezją, przeczytanymi kilkoma wierszami Herberta, z najgrubszego tomu 'Wiersze zebrane' trafiając, jak zawsze losowo, na 'Nic ładnego' i 'Kiedy świat staje' oraz na inną przeczytaną lata temu już w Londynie książkę 'Marzyłam o Afryce' Kuki Gallmann. Tam, między słowami przeniosłam się 10 lat w tył, do czasu, w którym czytałam tą książkę i rozczuliłam się trafiając na fragmenty przemawiające do mnie już zupełnie inaczej. 


Z Bramy Krakowskiej przeniosłam się na Lubartowską, i dalej Placem Łokietka ku katedrze i Bramie Trynitarskiej. Stamtąd  szybki wgląd na Rynek, odrapane podwórko przez niedomknięte drzwi jednej z kamienic. Spotkanie z ulicą Gruella, pierwszego konstytucyjnego prezydenta miasta, Warmiaka o niemieckobrzmiącym nazwisku i naprawdę krótkie odwiedziny w katedrze. Na małym trawniku pod Archiwum Pańsywowym widzę przebiśniegi :)  Typowe lubelskie przedwiośnie. 





Czas na młodszą część miasta. Krakowskie, zauważam, jak zawsze w formie :) Przy końcu skręcam w prawo, ku Pałacowi  Staszica. 



Wygląda, że zamknięty niszczeje. Jedyne, dość marne elementy życia przetrwały na dziedzińcu. 

Nieopodal, w jasnych barwach odnowiony Pałac Czartoryskich. To kolejne w tym roku spotkanie z elegancką precyzją Tylmana z Gameren :)



Dalej Plac Litewski, miejsce odwiedzane kiedyś głównie 'po drodze'. Co zawsze przyciągało mój wzrok, to kościół Kapucynów, skromny i prosty, o miedzianym, patynowym dachu. Odruchowo chciałam poczuć obecny zawsze w okolicy zapach kadzidełka, sprzedawanego pod kościołem, zidentyfikowany po latach, już w Londynie, jako scent of Hindu prayers - wspaniały agarbatti. Niestety, jest już tylko obecny w mojej nostalgicznej pamięci, w powietrzu wiosny jeszcze nie słychać :) 





Z Placu Litewskiego pomaszerowałam Krakowskim w stronę Racławickich, ale przez Ogród Saski. Nawet późną zimą miewa się świetnie, deszczowo-pusto lśniąc grafitowymi wstążeczkami alejek, na oczywiście nierównym terenie. Najbardziej pamiętam go muzycznie i biegowo. Bardzo lubię przyglądać się sąsiadującym od wejścia przy Lipowej kamienicom - dziś przypominają mi Brukselę, a pamiętam, że i w Brukseli myślałam w podobnych miejscach o Lublinie. 


Jedyne takie drzewo - potrójne ale z jednego pnia

Krótki spacer wśród wysokich, bezlistnych jeszcze drzew poprowadził mnie do wyjścia tuż na wprost KULu. To chyba najbardziej emocjonalny moment. 



Odnotowuję zmiany w okolicy, przed budynkiem Collegium. Między budynkami nadal trwa budowa, zupełnie jak kiedyś, gdy widok dźwigów z sal wykładowych był stałym elementem tego niewielkiego przesmyku. Siódme piętro. Te same sale ćwiczeniowe, seminaryjne, sobotnio puste korytarze.  Pełno tam wspomnień, głosów, twarzy, momentów wyłowionych z pięciu lat, zamkniętych w pamięci długich korytarzy obu budynków i między czterema  ścianami dziedzińca pod kulowskim niebem. 




Czas naglił. O 17. znalazłam się w zamkowej Galerii Malarstwa, w bardzo bliskim sąsiedztwie 'Unii Lubelskiej' Matejki. Niespodziewanie :) 


Zaledwie 11 godzin wcześniej szłam z walizeczką warszawskim Placem Unii Lubelskiej, teraz siedzę w miejscu, gdzie 446 lat podpisano Unię, przed malarską opowieścią tego momentu.  



Muzyczne półtorej godziny adoracji ogromnego płótna, i obserwowanie fragmentów narracji. O ile na początku wydawało mi się, że tych kilkanaście postaci zatrzymanych pod pędzlem zastygło nagle, zerkając i nasłuchując utarczek pianina i skrzypiec, tak innym razem  miałam wrażenie, że ponad setka osób przybyłych na recital bierze niemy udział w scenie wyczekując, co mogłoby stać się w momencie następnym po tym utrwalonym, gdyby nagle ożyła pasja i namiętność widoczna w pozie i twarzy każdego z obecnych na obrazie? Jak wyglądałaby Unia Lubelska godzinę później? Czy Krakus z urodzenia, przygarbiony biskup warmiński Stanisław Hozjusz, zaczerpnąłby powietrza, opuścił dłonie i usiadł swobodniej pobłogosławiwszy zaprzysiężoną Unię? Czy Mikołaj Radziwiłł zakląłby i wywinął szablą? Co zrobiłby patrzący w przestrzeń trochę przygaszony król Zygmunt August? Wydawało się, że wiszące po obu stronach Unii i tuż za nią portrety i postaci pędzla Boznańskiej, Kossaka, Malczewskiego, Wyspiańskiego podglądają z ciekawością i napięciem na tę scenę kontrastów i kolorów zawieszoną w pół zdania, również wyczekując kontynuacji wydarzeń. Wyobraźnia podpowiada to, co pobieżny rzut okiem na rozmieszczone postaci, że jest to obraz głośny i niespokojny. Podobnie jak późniejsze losy zjednoczonych Polski i Litwy. Być może to najlepsza ilustracja dziejów Ojczyzny pędzla Matejki. Czując atmosferę tego miejsca myślałam też, że wieczór wcześniej dziwięki orkiestry pod batutą Tadeusza Strugały w Warszawskiej Filharmonii Narodowej zabrały mnie w objazdową dwugodzinną niezwykłą wycieczkę,  uchem po mapie, bez wstawanie z fotela sali koncertowej. Zapomnienie i podróż za jedną nutkę trochę na granicy jawy, snu i zmęczenia  :) Te chwile, tu i teraz, tam i wtedy, kiedy dźwięki przemawiają i prowadzą za rękę lub dają się prowadzić... 

Lublin nocą. Ruch spowolniał. Sobotni balujący wybyli na miasto, niektórzy już po, inni jeszcze przed, a ja wybrałam się z wizytą na Sławinek, gdzie spędziłam pierwsze cztery lubelskie lata, w tym jedno jeszcze nastoletnie. Popatrzyłam na dawny dom i widząc brak wielkiego dębu, który zaglądał do mieszkania przez balkon, światlo w oknie mojego dawnego pokoju. Zrozumiałam czemu Konwicki, Herbert i Grudziński byli przeciwni lub nie mieli odwagi na ponowne spotkania z miejscami i ludźmi lat młodości. Chyba czasem warto ocalić ich wizerunek żyjący w pamięci, poza czasem, nieskażony przez teraźniejszość. Odnalezienie po latach tego, co zachowane w sercu może być zabójcze dla skrzętnie przechowywanego obrazu, jak każda konfrontacja ideału z rzeczywistością i uruchomić całą niezgodę. Niech trwa w pamięci jako wiecznie młode i piękne, choć przecież takie dawne. Krótki wniosek, że to sprzeczność pozwala na dotknięcie rzeczywistości.  Czasem zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne. Tak myślałam i tamtego wieczora, po całodziennej wędrówce ulicami Lublina, gdy chłonęłam atmosferę miejsc dawnych i nowych, znajome odżywały, wywoływały uśmiech, nowe były tylko nowe albo brzydkie, jak Galeria Plaza wyrosła na dawnym pustym placu, którym skrót prowadził do biblioteki na ul. Chopina... O tym, co mi się nie podoba pomilczę.   


'Dobranoc miasto stare, dobranoc. Drogi białe wychodzą stad na północ (...) wędrowiec jest juz tylko ciemnym punkcikiem na jednej z nich. Zniknął za wzgórzem, Dobranoc, miasto, dobranoc...' Myślę stojąc na Alei Warszawskiej, skąd już blisko do Ogrodu Botanicznego, gdzie spędzałam co roku 'w naturze' długie godziny maja i czerwca. 


'Kamienice, kamienice, 
Ściany ciemne, pochyłe'
'Domów muzyczne milczenie 
Złączone z tęczy łukiem 
Na czoło kościoła opada jak pukiel'

Poranek dnia następnego to słońce, kolejna wizyta u Dominikanów i dalej trzyminutowy rajd na Zamek do Kaplicy św. Trójcy schodkami w dół i w górę, by pobyć jeszcze wśród wielobarwnych fresków scen biblijnych przez dokładnie 30. minut półobrotów i wpatrywania się w obrazy sklepienia i naw z głową ku górze. Kolejne, cudne, nieulotne lubelskie nagromadzenie piękna. 








Chwilę później żegnałam Twoją słoneczną wczesnoniedzielną twarz. Z lekkim sercem patrzę spokojnie jak się oddalamy, czułam niezmiennie bliskość tego osobiwego miasta, które nigdzie się nie spieszy. Nawet ku wiośnie. Ta przyjdzie, jak co roku, na KULu zaczynając się magnoliami. Ale to zdarzy się dopiero w maju. Znowu będziesz o tyle spojrzeń ode mnie, niezmiennie blisko serca. 


Kiedy Cię spotkam, co Ci powiem? Proste pytania wymagają prostych odpowiedzi: - 'Ave'.

Ps. Śpij spokojnie, mam w pamięci Twoją twarz. Na dobranoc składam na niej swoje usta. Reszta jest milczeniem. 

W drodze do Warszawy, gdzieś na łące między Dęblinem a Pilawą widzę dwa bociany. Na dobrą wróżbę, jak mawiali w 'Kronice wypadków miłosnych'. Świat ma się ku wiośnie. Ptaki wędrowne zmierzają ku Ojczyźnie. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz