wtorek, 6 października 2015

Chopin między porami roku



Muzyka Chopina to nie dźwięki do pociągu. Od ubiegłego tygodnia słucham w drodze do i z pracy przesłuchań I etapu Konkursu Chopinowskiego, którego 17. edycja trwa właśnie w Warszawie. Ramówka radiowej Dwójki za dnia to kombinacja nokturnów, sonat, etiud i ballad. Piękno w czystej postaci. Najutulniej brzmi w parku. Wsród jesiennych drzew deszczowych, pejzażu rudziejących liści. Między kałużami i pod parasolem dźwięki Steinwayów, Kawai, Fazioli i Yamah brzmią jak najpiękniej skomponowana sonata. Tęskna poezja bez słów.

niedziela, 27 września 2015

Spacer w chmurach po tamtej stronie Ferrary


Jasne skojarzenia. Savonarola, Herbert, Antonioni. Docieramy do Ferrary lekko po godzinie 16. Na 'dzień dobry' dwa rozczarowania natury skrupulanta. Nie widzę na stacji tabliczki 'Ferrara', więc muszę zawierzyć głosowi anonsującemu przystanek. Drugie, przez cały czas na próżno wypatruję herbertowskich długich jak greckie łodzie obłoków nad Ferrarą. W zamian doznaję pierwszego w życiu obrazoburczego rozczarowania błękitem. Ponownie muszę zawierzyć głosowi Herberta.
Pomijam fakt, że Ferrara również nie zadbała o podróżnych pragnących pozbyć się balastu w postaci nadbagażu i oddania go przechowalni. Walizeczka zwiedza ze mną. Już na dworcu zdumiewa mnie, że mało która z zaczepianych osób mówi po angielsku, co nie jest żadną przeszkodą w uczynności nieznajomych. Sympatyczna zaczepiona pani gotowa jest kupić nam bilety by autobus nie odjechał zanim same to zrobimy. Wysiadamy przez pomyłkę przed Zamkiem Castello Estense. Tam, na dworze światłych d'Estów narodziła się poezja wędrownych pieśniarzy i poetów odrodzenia Ariosta, Boiarda, Tassa. Łatwiej to ogarnąć na odległość, ale na pewno nie stojąc tam oko w oko z otoczonym fosami obszernym zamkiem. Nieoczekiwana bliskość i nagromadzenie historii zazwyczaj wprowadza wewnętrzne zamieszanie. Standard. O Torquato Tasso zazwyczaj myślę za każdym razem, gdy mijam rzeźbę Tankreda i Kloryndy we wschodniej części moich ukochanych o każdej porze roku Łazienek. W Ferrarze jest to pojedyncza myśl w natłoku wrażeń, nazwisk, historii. 








Serce bije szybciej, wąskie uliczki zagęszczają się, mowa domów jest niewyraźna. Kostka brukowa wyznacza trasę. Zdaniem Herberta Ferrarze jest najbliżej do Lwowa, 'zrabowanego miasta ojców'. Nie mam jeszcze wtedy porównania, więc staram się jak najwięcej poczuć, spamiętać. Utrwalić obraz, który kiedyś przyjdzie mi porównać. Do tamtej chwili znam ją jako miasto pełne renesansowych kamienic, wpisaną na listę UNESCO zagadkę mediewistów, czy pielgrzymów śladami Savonaroli. Kupa słów z książek. Zero wrażeń i poznania zmysłowego.


 




Późnopopołudniowa pustawa Ferrara. Pora powrotów z pracy, bez zostawionej w Anglii gwałtowności, pośpiechu, agresji godzin szczytu w pędzie do domów. Nagle wkraczamy na prostokątny plac mając u swych stóp masywną bryłę katedry św. Jerzego i długą uliczkę, nad którą rozpostarte są, dobrze znane z fotograficznych twarzy miasta, kolorowe parasole. Z ulgą stwierdzam, że katedra jest otwarta. Z braku skłonności hołdowania banałom napiszę, że jest przepiękna, romańska po kądzieli. Trochę niedostępna, schowana pod rusztowaniami odkrywa swe wnętrze powoli, bez oporów. Ciemne malowidła ścienne przechodzą obecnie zabiegi odmładzająco-liftingujące. Spędzam w środku dobre pół godziny, długie życząc wszystkiego co najlepsze komuś, kto bardzo daleko obchodzi tego dnia urodziny

Szczęśliwy święty Jerzy
z rycerskiego siodła
mógł dokładnie ocenić
siłę i ruchy smoka...

„Potwór Pana Cogito", Zbigniew Herbert






Nad wejściem góruje św. Jerzy walczący ze smokiem. Płaskorzeźba znajduje się na tyle niewysoko, że można bez wytężania wzroku i zadzierania głowy wpatrywać się odczytując fragmenty przebicia włócznią. Powyżej scena przedstawiająca Sąd Ostateczny. Tu już trzeba uwagi i wodzenia oczyma, by wytropić przewodnikowe szczegóły.  Na ścianie budynku sąsiadującego z katedrą znajduje się tablica poświęcona Kopernikowi. Czy  nie za dużo tu śladów jak na jeden rok?











W ostatnich dniach przed wyjazdem towarzyszył mi Paweł Muratow. W swoim "historyczno-sztucznym" przewodniku po północnych Włoszech „Obrazy Włoch Florencja" zaliczył Ferrarę do miast umarłych. 

Ferrara leży między Wenecją i Florencją. Tylko nieliczni z podróżnych, którzy przemierzają tę drogę, zatrzymują się tu na dzień lub dwa. ... I dopiero wielokrotnie powtórzona nazwa małej stacji kolejowej coś nam nagle przypomina, dźwięczy w niej  bowiem echo wielu słów odrodzenia. Podróżny, który wysiądzie na tej niewielkiej stacji, już od pierwszej chwili przestaje żałować swojego postanowienia. Aleja wiodąca ku miastu, zaciszne ulice wyłożone kamienistym brukiem, w których szczelinach rośnie trawa, place zalane słońcem, śpiące pałace i dźwięk starego dzwonu sprawiają, że ogarnia nas tu głęboki spokój... Oprócz Ferrary jednak ani jedno z tych miast nie pozwala nam w sposób tak doskonały na obserwację owego wzniosłego widowiska, jakim jest naturalny proces obumierania rzeczy, które niegdyś uosabiały wierzenia, namiętności i talenty ludzkie. Ferrara umilkła, a milczenie nigdzie nie stało się tak majestatyczną oznaką śmierci jak właśnie w tym mieście, gdzie tylu poetów układało swoje pieśni."

Ferrara za nic nie wpisuje się do grona miast umierających codziennie na nicość. Dla mnie jest raczej z tych, które coś ukrywają. Niemal od progu uderza mnie atmosfera wyciszenia, marzenia sennego. Ulice są wyludnione, zdarzają się pojedynczy przechodnie, kilka samochodów. Cisza jak ta zawsze zdobywa moje wędrowne serce. Tam bardziej czuję niż widzę. To miasto jest czymś więcej niż w istocie jest albo wydaje się być. Pozornie mieszka tam tylko pustka, ale boczne ulice skrywają magiczną twarz miasta. Być może jest to zupełnie zwykłe miasto o jakim przewodnik wspomni kilka łaskawych słów. Takie Rovigo bez znaków szczególnych. Na czwartym kilometrze przeżywania przestrzeni kiedy zmierzamy do Pałacu Beztroski, Pałacu Schifanoia wieczorne światło ogrzewa plecy i ulubioną czerwoną cegłę budynków. Przez chwilę czuję się jak w moim miasteczku na skraju mapy. Na jednej z ulic zaczepiam jegomościa wychodzącego właśnie z mieszkania. Przemiły akademik z burzą ciemno-siwych włosów i drucianymi oprawkami. Konwersujemy chwilę, wskazuje drogę dodając co musimy zobaczyć i odjeżdża na rowerze. Citta della bicicletta. 








Zamknięty Pałac daje chwilę odpoczynku na zielonym, otoczony murem dziedzińcu. Blisko wejścia mieści się urocza kawiarenka, może raczej niewielki bar. Otoczony drzewami w mającym się ku spoczynkowa słońcu wygląda jak wykradziony z czarodziejskiego ogrodu. Takiego z dobrą muzyką i śmiechem przy winie. Ten zakątek jest dla mnie namiastką tego, co ponownie niedostępne jest niepokornym przybywającym mocno za późno na obejrzenie  wnętrz Pałacu. Wyobrażam sobie, że pałacowe freski Cossy (trzy z dwunastu - marzec, kwiecień, maj) wiosennie wychodzą do nas "po godzinach" w postaci radosnej twarzy tego magicznego miejsca.













Jak pisze Muratow - Ferrara jest ojczyzną marzenia. Nie bez kozery klimat kilku filmów Antonioniego, syna Ferrary, przypomina o onirycznym duchu miasta. Istniejącego nie do końca. Mam wrażenie, że tam, gdzie nie dzieje się nic, dzieje się najwięcej. A dream within a dream.

Ostatni film, "Po tamtej stronie chmur" już od sceny z samolotu (spokojnie, John Malkovich ma chyba pasy:) oddaje ten nienazwany klimat ciszy Ferrary. Reszta jest niedopowiedzeniem. Spóźnioną obserwacją. Jak twierdzi Antonioni w prologu, historia związku, który trwał przez lata, ale nigdy nie istniał może być zrozumiana jedynie przez tych, którzy z Ferrary pochodzą. 

...próbuję osiągnąć ciemność i ciszę. To w ciemności rzeczywistość się rozświetla i w ciszy, dokąd głosy docierają z zewnątrz.

Nie zmieniamy się wraz ze światem, zawsze pozostaniemy w teraźniejszości oszukując się, że zmieniliśmy się wraz ze światem, obawiam się, że pozostaniemy niezmiennie sobą, takimi jakimi przyszliśmy na świat.

Pojedyncze myśli, tak bliskie. Podobnie jak opowiedziane bez słów trochę tragiczne historie ludzkich bezradności i niespełnienia. Stan zawieszenia, we mgle, uwięzienia w momencie życia, podobnie jak te chwile w samolotowym foteliku na wysokości kondensuje mój stan duszy ilością myśli i przeżyć. Niespiesznie (kocham to słowo;) i na siedząco. Bezwiedny spacer w chmurach sprzyja duchowym wędrówkom i nie ma nic z monotonii zmęczenia jednostajnością. W którejś z historii filmu pada poniższa wymiana zdań:

 ... they'd been walking too fast.
They'd left their souls behind. Their souls?
It's wonderful! It's like us.
We go rushing around...and lose our souls.
We should wait for them.
To do what?
Everything that seems pointless.


Życie w drodze ma barwę tymczasowości. Między zachwytem a zachwytem trwa budowanie punktów zaczepienia, rozciąganie nici do nawlekania myśli o powrocie. Kiedyś, kiedyś później. Jedyny towar deficytowy to czas. Stąd koncesje, limity i bany. Wieczne zapasy z czasem i ćwiczenie się w niewdzięcznej sztuce kompromisu. Pospieszne dodawanie miejsc do ulubionych, niejasne i naprędce złożone obietnice powrotu. Jednym cięciem zostawiam wiele miejsc na później. Sentymentalizm versus dramaturgia 'tu i teraz'. Chaos nomada i próby zatrzymania czasu na kilka minut w podróżnym pośpiechu to mój stały stan drogi. W efekcie osiągam wieczne niespełnienie i zatracenie. Za to we snach często wędruję ulicami odwiedzonych miast. 

Podobnego uczucia 'pomiędzy' doznaję, gdy zza okienka samolotu spoglądam na swobodny przepływ obłoków, barw i kształtów. Obrazy przesuwają się, podniebny spektakl trwa. Wpatruję się w nie w półuśmiechu, ale nigdy nie zdążam uchwycić momentu stawania się. Magii przechodzenia, którą czuję, ale nie umiem złapać. Może to ja, a może chmury. Idą za szybko. Irracjonalne podglądanie tego, co ulotne i nietrwałe chyba nigdy nie przestanie mnie fascynować. Gdy to piszę spoglądam przez okno ku niebu. Przelatujący  samolot niknie właśnie w białej chmurze. Niesamowite uczucie kilkusekundowego zestrojenia ze światem. Zatrzymanie świata aż po samą duszę. Transcendencja mieszka wysoko. Po tamtej stronie chmur.

Wyjazd z Ferrary trwa nieskończoność, czyli tyle, ile oczekiwanie na pociąg do Wenecji przez Padwę. Dwugodzinne oczekiwanie na peronie przynosi niemal niemożliwy widok nieba po zachodzie słońca. Niespodziewany. Najbardziej ulotny - zawieszone nad torami pasma kolorów. Pojawiają się wreszcie obłoki nad Ferrarą. Za nieco ponad dwie godziny mam urodziny i najpiękniejszy prezent - znak nadziei, która przyszła z góry (czytaj: chmury).

Białe
podłużne jak greckie lodzie
ostro ścięte od spodu


bez żagli
bez wioseł

kiedy po raz pierwszy
zobaczyłem je na obrazie Ghirlandaja
sądziłem
ze są tworem wyobraźni
fantazją artysty

ale one istnieją


białe
podłużne
ostro ścięte od spodu

zachód narzuca im kolor krwi
miedzi
złota
i niebieskiej zieleni


o zmierzchu
posypane
drobnym
fioletowym
piaskiem


suną
bardzo wolno


są prawie nieruchome

„Obłoki nad Ferrarą"
Zbigniew Herbert 


sobota, 26 września 2015

Róż/nie w Parmie

Plan był jak następuje: Parma, Modena, Ferrara, Padwa, Bolonia, Florencja, Piza. 
Czas trwania: przylot w czwartek po południu - odlot we wtorek o świcie. Średnia temperatura w regionie Emilia Romagna: oficjalnie 34 stopnie, nieoficjalnie, kto wie. 

Ze względów czasowo-logistycznych odpadła tylko Modena. Pierwszym chwilom na maleńkim lotnisku w Parmie zaraz po opuszczeniu samolotu towarzyszy uczucie wejścia pod ciepłą kołderkę w pełnym rynsztunku. Całkiem przyjemne, gdyż chwilowe. Kilka godzin wcześniej Londyn oferował jedyne 13 stopni. Z czasem wszystko powszednieje, myślę czasem. Nawet ciepłe dni.


Parma. 
Z naszej czasowej skarbonki wyłuskujemy półtorej godzinki na raczej szybki kurs po mieście. Stacja w Parmie jest na tyle duża, że pomieściłaby całą ścianę skrytek na bagaż. Jednak rundka po budynku nie przyniosła dobrych wieści i po mieście wędrujemy z bagażem. Walizka na kółkach toczy się leniwie, czyli wcale nieproporcjonalnie do mojego zapału. Mijamy Palazzo della Pilotta, i kierujemy się ku Baptysterium i Duomo. Po godzinie mamy jakiś obraz miasteczka, gdzie w czasie siesty wszystko, na sposób południowców, pozamykane. Zobaczywszy, że jest raczej ospałym miasteczkiem dokonujemy barbarzyńskiego czynu: rozbijamy obóz lunchowy na schodach ośmiokątnego, grubego jak pocisk Baptysterium. Marmur jest zimny i niewzruszony. Otoczenie zawsze było dla mnie istotne. Niebagatelny walor smakowy. Myślę, że jedzenie czegokolwiek w sąsiedztwie takiej ilości odcieni różowego marmuru słynnego 'pink Veronese' ścian zamkniętego Baptysterium doprowadzić powinno do podniebiennego/podniebnego obłędu. Znajdujące się w katedrze słynne freski Corecci'ego à la "żabie udka" według ówczesnych, z czego dworował sobie nawet Dickens, przedstawiające wniebowzięcie Maryi pozostają poza naszym zasięgiem. Może następnym razem. Pora wracać. 

Kluczenie po stacji według sprzecznych oznaczeń doprowadza do lekkiej pasji, podobnie jak studiowanie włoskiego rozkładu jazdy pociągów. Kolejny przystanek przesiadkowy i przymusowy postój w Bolonii, gdzie w ciągu godziny nic nie zdziałamy. Połączenia między miastami wyznaczają dalszy przebieg dnia. Punkt kolejny, chwilowo docelowy, to Ferrara - na ile nam sił i czasu starczy, by przed północą zameldować się w Padwie. Przed Bolonią przejeżdżamy przez miejscowość Reggio. Nie sposób nie pomyśleć o polskim hymnie na ziemi włoskiej.

















środa, 9 września 2015

Akropol to stan umysłu

Kamień był nie tylko materiałem, ale posiadał znaczenie symboliczne, był obiektem weneracji, a także przedmiotem wróżebnym. Między nim a człowiekiem istniał ścisły związek. Zgodnie z prometejską legendą kamienie łączy z ludźmi węzeł pokrewieństwa. Zachowały nawet zapach ludzkiego ciała. Człowiek i kamień reprezentują dwie siły kosmiczne, dwa ruchy w dół i w górę. Surowy kamień spada z nieba, poddany zabiegom architekta, cierpieniu liczby i miary, wznosi się do siedziby bogów
Z. Herbert, U Dorów

środa, 19 sierpnia 2015

Bądź jak Grek Zorba

...ale to nieustannie trawiące mnie marzenie, by ujrzeć na własne oczy jak najwięcej lądów i mórz, zanim umrę.
Grek Zorba
 

wtorek, 11 sierpnia 2015

Kalimera Grecjo!

O ile chyląca się ku upadkowi Lizbona zmęczyła mnie swoim ponuractwem (naprawdę) i stagnacją tak na kolejną podróż czekałam z dużą, nie ukrywam, niecierpliwością, głownie dlatego, że to kolejna wyprawa śladami Herberta. Zamiast Maroko pojawił się plan wypadu do Aten. Teraz wiem, że lutowa desperacja przyszpilona niemiłosiernie panującym mrokiem i zimnem (ale hej, pamiętam ten styczniowo-lutowy festiwal przebiśniegów) w nosie ma początek sezonu turystycznego i upałów w gorącej, jak się okazało też politycznie, Grecji. Wieczorny lot i letnie zapalenie zatok trochę starały się zdegradować mój entuzjazm, ale mimo potwornego bólu uszu tuż przed lądowaniem i ogólnym zasklepieniem dróg górnych, nie daję się. Wysiadamy i jeszcze zanim poczułam temperaturę, jakieś górne 20C, oniemiałam widząc na sąsiednim pasie samolot z napisem. Ale miło! Przez myśl przemyka mi kilka krakowskich migawek, hmm z serii osobowo-muzycznych. 
 


poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Lisbon story

Nigdy się nie spełniamy. 
Jesteśmy dwiema otchłaniami - studnią wpatrzoną w niebo.

Fernando Pessoa, Księga niepokoju

Przelatując gdzieś ponad Hiszpanią i Camino de Santiago wyglądałam przez okienko na ciągnące się w dole surowe, brunatno-zielone pasma górskie przenosząc się momentalnie myślami w czasie, chociaż na kolanach leżały notatki o Lizbonie oraz maleńka książeczka Renaty Gorczyńskiej 'Szkice portugalskie' wydana w serii Podróże przez Zeszyty Literackie.

niedziela, 12 lipca 2015

Czasem deszcz, czasem słońce-Amsterdam

Rzeczy pierwsze. 


Dwa dni na Amsterdam. Niewiele, gdy jesteś w mieście po raz pierwszy, chcesz zobaczyć 'wszystko' i zrobić to per pedes. Pierwszy raz chodziłam po mieście z mapą i przewodnikiem. Pierwsze wrażenie miało smak trochę 'gdański'. Geometryczne fasady kamieniczek ciasno oplatające pierścienie kanałów, po kilku godzinach krążenia po części północnej pozostawiają w pamięci architektoniczny wynik pomnożenia długiego targu i ulicy Mariackiej razy kilkadziesiąt czyniąc niemałe zamieszanie w mojej wewnętrznej mapie Gdańska i Amsterdamu. W szufladce pamięci o Amsterdamie wyrósł kanał. Długie jego ciągi, poprzecinane mostami o długich nazwach, których trwalszego przyswojenia odmawia moja zazwyczaj dobra pamięć tak niechętna innemu niż polskiemu sąsiedzkiemu nagromadzeniu spółgłosek.

piątek, 19 czerwca 2015

Widok Delft

Delft jest jednym z tych holenderskich miasteczek, gdzie pejzaż zatrzymany na płótnach można wciąż odnaleźć albo z łatwością odtworzyć.

Wielu kojarzy się z płótnem Vermeera, a przecież było siedzibą gildii św. Łukasza oraz mniejszym ośrodkom naukowym. W samo południe trafiamy do miasteczka z Hagi, skąd tramwaj nr 1 dociera w niecałe 30 minut. Na obrzeżach miasta wita nas wiatrak. Z przytorowej ulicy do centrum miasta prowadzą małe średniowieczne przesmyki, wąskie na jakieś dwa metry pasaże, myślę, że wyborna uczta dla mediewistów. Spory tłum zarówno pieszy, jak i rowerowy. Instynktownie kierujemy się w stronę znacznych rozmiarów kościoła. Wrócimy tam za kilka godzin, póki co obchodzimy miasteczko po linii kwadratu, idąc wzdłuż kanałów bez mapy i celu tej wędrówki. Sobotni tłum jest już obecny i przedziera się w obie strony tworząc chwilowe skupiska wokół rozbitych kramików sprzedawców 'wszystkiego' od departamentu staroci przez sery, po charakterystyczną delficką niebieską porcelanę. Marzy nam się lokalna rybka, którą po chwili spożywamy jak lokalsi, na stojąco, przy stoliku miejsca 'Fish bank', poleconego przez przemiłego miejscowego kelnera.

poniedziałek, 18 maja 2015

Rotterdam per pedes

Rotterdam kojarzył mi się zawsze z miastem z planszy gry Eurobiznes. Prawie totalnie zniszczony podczas wojny, jawił się jako miejsce dalekie od idealnego celu podróży. Nie przepadam za miastami wysokich szklanych wież, tych betonowych, bezdusznych dżungli bez drzew. 



czwartek, 14 maja 2015

O niebie nad Holandią i tym, czym byłby świat bez ram

Wspominać znaczy ożywiać, uobecniać. Nadawanie myślom kształtu słów nie jest łatwe, gdy te jeszcze żyją gdzieś wewnątrz, obracają i formują obrazy z emocji zupełnie jakby były w okresie przejściowym, nie całkiem zdolne do samodzielnej egzystencji, trwające gdzieś między 'ustami a brzegiem pucharu' :) 

Podobnie mam z opisaniem wyjazdu do Holandii. Kraj z pozoru łatwy do etykietkowania banalnymi kluczami skojarzeń. Wiatraki, tulipany, kolor pomarańczowy, kanały, sery i wafle... Tak powszechnie i skrótowo myśli się o ojczyźnie malarzy flamandzkich, o terenie nadmorskim, niskim, płaskim i zielonym. Jadąc, poniekąd śladami Herberta, ale głównie szlakiem obrazów, przed którymi chciałam choćby przystanąć, gdy te być może przemówią do mnie, jeszcze przed lądowaniem, zastanawiałam się, czy spotkam światło znane z płócien, i czy szybko zmieniające się tło i chmury kłębiaste bedą choć trochę bliskie ich opisom zapisanym gdzieś w mej marnej fotograficznej pamięci przypominającej bardziej zamazane impresje panteisty. 

Przezornie, niczym niewierny Tomasz, przyjęłam postawę duszy powątpiewającej w prawdę nienamacalną - 'nie uwierzę dopóki nie zobaczę'. Objawienie przyszło przez zmysły, zostawiając rozum w pozycji pochylonego w pokorze, niegodnego zwyczajnego piękna  rzeczy niepojętych. 

Tamte, pierwsze chwile na holenderskiej ziemi przyniosły natychmiastową, niewymuszoną odpowiedź, że 'tu jest tak naprawdę, jak na szesnastowiecznych obrazach Dawnych Mistrzów, gdzie tłem scen zwykłego życia bez pośpiechu bywa niebo tak wielu barw i wymiarów'. 

Przełom kwietnia i maja z tulipanem w tle

Zamykam kolejny miesiąc z myślą 'już!? Kiedy to minęło?'. Co mnie ominęło, co przybyło, z czym się rozstałam, co dałam. Pełnia wiosny. Momenty, kadry, fragmenty rzeczywistości. Miesiąc, w którym nawet Syzyf poczułby jakąś zmianę. Oddech. Zaczerpnięcie spokoju. I choć toczony głaz równie ciężki, to droga dużo lżejsza.

W drodze do kraju miłośników wszelkich kolorowych roślin ciętych mam chwilę na ogarnięcie minionego czasu i może jakąś zgrabną pointę. Trzygodzinne opóźnienie lotu nie zdołało zburzyć nowo nabytej równowagi. Ta poddaje się jedynie rzeczom małym, niedocenionym, ale uwierającym niczym szkaradny żółty but ;). Jak wiadomo, małemu nie trudno wcisnąć się tam, gdzie duży walczy o przestrzeń. Więcej światła, więcej przestrzeni. Oby więcej takich kwitnących kwietniów. Tymczasem wędrówki po Holandii na dłużej wypełniły przestrzeń, czas i myśli.

sobota, 25 kwietnia 2015

Pantha rei


Och jak ja lubię synchron tych kilku światów w jakich żyję. Notatka znaleziona gdzieś w przestrzeni zerka na mnie niewinnie z poniższym tekstem.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Świecie nasz

Czasem, może nawet częściej, działam na zasadzie 'jak pomyślał, tak też zrobił". Zupełnie jak Pomysłowy Dobromir. W Wielkanocny Poniedziałek  prognoza pogody była podejrzanie optymistyczna. Nie czekając na kolejny kwietniowy kaprys ruszyłam w drogę by popatrzeć na fale i posłuchać o czym szumi Zalew. 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Między wiosną a ciszą

Niebo za oknem ma kolor nieskończoności. To ten rodzaj błękitu nie całkiem jeszcze wolnego od wielowarstwowych smug, linii i cieni. Idę popatrzeć. Chwilę karmię kaczki podrzucając więcej paniom kaczorowym, tym brązowym z ciemnoniebieskimi piórkami na biodrach (hmm, dotąd był to kolor pewnego spojrzenia i Bałtyku w styczniu). Kobieca solidarność, sorry boys... ;) 



środa, 1 kwietnia 2015

Kilka słów o marcu między magnolią a wisienką


Żegnam marzec dziękując, że zabrał rutynę i przyniósł lepsze dni, cieplejszy wiatr, kilka słów więcej. Więcej słońca, dłuższy dzień. Powrót włóczykija i sen podróżnika.

poniedziałek, 30 marca 2015

Wielki Tydzień


Jesteś

jestem bo jesteś
na tym stoi wiara
nadzieja miłość spisane pacierze
wielki Tomasz z Akwinu i Teresa mała
wszyscy co na świętych rosną po kryjomu
lampka skrypulatka skoro Boga strzeże
łza po pierwszej miłości jak perła bez wieprza
życia ludzi i zwierząt za krótka choroba
śmierć za przeprowadza przez grób jak przez kamień
bo gdy sensu już nie ma to sens się zaczyna
jestem bo Jesteś. Wierzy się najprościej

wiary przemądrzałej szuka się u diabła
Jan Twardowski

niedziela, 29 marca 2015

Do Oliwy Drogą

Dziś będzie o tym, że zawsze warto i że głupi ma szczęście, mimo braku oliwy. I o Herbercie. Przy okazji zapraszam miłych zaglądających do odwiedzenia Głosów Herberta na FB, których jestem 1/2. A teraz do rzeczy ;)