środa, 19 sierpnia 2015

Bądź jak Grek Zorba

...ale to nieustannie trawiące mnie marzenie, by ujrzeć na własne oczy jak najwięcej lądów i mórz, zanim umrę.
Grek Zorba
 

wtorek, 11 sierpnia 2015

Kalimera Grecjo!

O ile chyląca się ku upadkowi Lizbona zmęczyła mnie swoim ponuractwem (naprawdę) i stagnacją tak na kolejną podróż czekałam z dużą, nie ukrywam, niecierpliwością, głownie dlatego, że to kolejna wyprawa śladami Herberta. Zamiast Maroko pojawił się plan wypadu do Aten. Teraz wiem, że lutowa desperacja przyszpilona niemiłosiernie panującym mrokiem i zimnem (ale hej, pamiętam ten styczniowo-lutowy festiwal przebiśniegów) w nosie ma początek sezonu turystycznego i upałów w gorącej, jak się okazało też politycznie, Grecji. Wieczorny lot i letnie zapalenie zatok trochę starały się zdegradować mój entuzjazm, ale mimo potwornego bólu uszu tuż przed lądowaniem i ogólnym zasklepieniem dróg górnych, nie daję się. Wysiadamy i jeszcze zanim poczułam temperaturę, jakieś górne 20C, oniemiałam widząc na sąsiednim pasie samolot z napisem. Ale miło! Przez myśl przemyka mi kilka krakowskich migawek, hmm z serii osobowo-muzycznych. 
 


poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Lisbon story

Nigdy się nie spełniamy. 
Jesteśmy dwiema otchłaniami - studnią wpatrzoną w niebo.

Fernando Pessoa, Księga niepokoju

Przelatując gdzieś ponad Hiszpanią i Camino de Santiago wyglądałam przez okienko na ciągnące się w dole surowe, brunatno-zielone pasma górskie przenosząc się momentalnie myślami w czasie, chociaż na kolanach leżały notatki o Lizbonie oraz maleńka książeczka Renaty Gorczyńskiej 'Szkice portugalskie' wydana w serii Podróże przez Zeszyty Literackie.

niedziela, 12 lipca 2015

Czasem deszcz, czasem słońce-Amsterdam

Rzeczy pierwsze. 


Dwa dni na Amsterdam. Niewiele, gdy jesteś w mieście po raz pierwszy, chcesz zobaczyć 'wszystko' i zrobić to per pedes. Pierwszy raz chodziłam po mieście z mapą i przewodnikiem. Pierwsze wrażenie miało smak trochę 'gdański'. Geometryczne fasady kamieniczek ciasno oplatające pierścienie kanałów, po kilku godzinach krążenia po części północnej pozostawiają w pamięci architektoniczny wynik pomnożenia długiego targu i ulicy Mariackiej razy kilkadziesiąt czyniąc niemałe zamieszanie w mojej wewnętrznej mapie Gdańska i Amsterdamu. W szufladce pamięci o Amsterdamie wyrósł kanał. Długie jego ciągi, poprzecinane mostami o długich nazwach, których trwalszego przyswojenia odmawia moja zazwyczaj dobra pamięć tak niechętna innemu niż polskiemu sąsiedzkiemu nagromadzeniu spółgłosek.

piątek, 19 czerwca 2015

Widok Delft

Delft jest jednym z tych holenderskich miasteczek, gdzie pejzaż zatrzymany na płótnach można wciąż odnaleźć albo z łatwością odtworzyć.

Wielu kojarzy się z płótnem Vermeera, a przecież było siedzibą gildii św. Łukasza oraz mniejszym ośrodkom naukowym. W samo południe trafiamy do miasteczka z Hagi, skąd tramwaj nr 1 dociera w niecałe 30 minut. Na obrzeżach miasta wita nas wiatrak. Z przytorowej ulicy do centrum miasta prowadzą małe średniowieczne przesmyki, wąskie na jakieś dwa metry pasaże, myślę, że wyborna uczta dla mediewistów. Spory tłum zarówno pieszy, jak i rowerowy. Instynktownie kierujemy się w stronę znacznych rozmiarów kościoła. Wrócimy tam za kilka godzin, póki co obchodzimy miasteczko po linii kwadratu, idąc wzdłuż kanałów bez mapy i celu tej wędrówki. Sobotni tłum jest już obecny i przedziera się w obie strony tworząc chwilowe skupiska wokół rozbitych kramików sprzedawców 'wszystkiego' od departamentu staroci przez sery, po charakterystyczną delficką niebieską porcelanę. Marzy nam się lokalna rybka, którą po chwili spożywamy jak lokalsi, na stojąco, przy stoliku miejsca 'Fish bank', poleconego przez przemiłego miejscowego kelnera.

poniedziałek, 18 maja 2015

Rotterdam per pedes

Rotterdam kojarzył mi się zawsze z miastem z planszy gry Eurobiznes. Prawie totalnie zniszczony podczas wojny, jawił się jako miejsce dalekie od idealnego celu podróży. Nie przepadam za miastami wysokich szklanych wież, tych betonowych, bezdusznych dżungli bez drzew. 



czwartek, 14 maja 2015

O niebie nad Holandią i tym, czym byłby świat bez ram

Wspominać znaczy ożywiać, uobecniać. Nadawanie myślom kształtu słów nie jest łatwe, gdy te jeszcze żyją gdzieś wewnątrz, obracają i formują obrazy z emocji zupełnie jakby były w okresie przejściowym, nie całkiem zdolne do samodzielnej egzystencji, trwające gdzieś między 'ustami a brzegiem pucharu' :) 

Podobnie mam z opisaniem wyjazdu do Holandii. Kraj z pozoru łatwy do etykietkowania banalnymi kluczami skojarzeń. Wiatraki, tulipany, kolor pomarańczowy, kanały, sery i wafle... Tak powszechnie i skrótowo myśli się o ojczyźnie malarzy flamandzkich, o terenie nadmorskim, niskim, płaskim i zielonym. Jadąc, poniekąd śladami Herberta, ale głównie szlakiem obrazów, przed którymi chciałam choćby przystanąć, gdy te być może przemówią do mnie, jeszcze przed lądowaniem, zastanawiałam się, czy spotkam światło znane z płócien, i czy szybko zmieniające się tło i chmury kłębiaste bedą choć trochę bliskie ich opisom zapisanym gdzieś w mej marnej fotograficznej pamięci przypominającej bardziej zamazane impresje panteisty. 

Przezornie, niczym niewierny Tomasz, przyjęłam postawę duszy powątpiewającej w prawdę nienamacalną - 'nie uwierzę dopóki nie zobaczę'. Objawienie przyszło przez zmysły, zostawiając rozum w pozycji pochylonego w pokorze, niegodnego zwyczajnego piękna  rzeczy niepojętych. 

Tamte, pierwsze chwile na holenderskiej ziemi przyniosły natychmiastową, niewymuszoną odpowiedź, że 'tu jest tak naprawdę, jak na szesnastowiecznych obrazach Dawnych Mistrzów, gdzie tłem scen zwykłego życia bez pośpiechu bywa niebo tak wielu barw i wymiarów'. 

Przełom kwietnia i maja z tulipanem w tle

Zamykam kolejny miesiąc z myślą 'już!? Kiedy to minęło?'. Co mnie ominęło, co przybyło, z czym się rozstałam, co dałam. Pełnia wiosny. Momenty, kadry, fragmenty rzeczywistości. Miesiąc, w którym nawet Syzyf poczułby jakąś zmianę. Oddech. Zaczerpnięcie spokoju. I choć toczony głaz równie ciężki, to droga dużo lżejsza.

W drodze do kraju miłośników wszelkich kolorowych roślin ciętych mam chwilę na ogarnięcie minionego czasu i może jakąś zgrabną pointę. Trzygodzinne opóźnienie lotu nie zdołało zburzyć nowo nabytej równowagi. Ta poddaje się jedynie rzeczom małym, niedocenionym, ale uwierającym niczym szkaradny żółty but ;). Jak wiadomo, małemu nie trudno wcisnąć się tam, gdzie duży walczy o przestrzeń. Więcej światła, więcej przestrzeni. Oby więcej takich kwitnących kwietniów. Tymczasem wędrówki po Holandii na dłużej wypełniły przestrzeń, czas i myśli.

sobota, 25 kwietnia 2015

Pantha rei


Och jak ja lubię synchron tych kilku światów w jakich żyję. Notatka znaleziona gdzieś w przestrzeni zerka na mnie niewinnie z poniższym tekstem.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Świecie nasz

Czasem, może nawet częściej, działam na zasadzie 'jak pomyślał, tak też zrobił". Zupełnie jak Pomysłowy Dobromir. W Wielkanocny Poniedziałek  prognoza pogody była podejrzanie optymistyczna. Nie czekając na kolejny kwietniowy kaprys ruszyłam w drogę by popatrzeć na fale i posłuchać o czym szumi Zalew. 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Między wiosną a ciszą

Niebo za oknem ma kolor nieskończoności. To ten rodzaj błękitu nie całkiem jeszcze wolnego od wielowarstwowych smug, linii i cieni. Idę popatrzeć. Chwilę karmię kaczki podrzucając więcej paniom kaczorowym, tym brązowym z ciemnoniebieskimi piórkami na biodrach (hmm, dotąd był to kolor pewnego spojrzenia i Bałtyku w styczniu). Kobieca solidarność, sorry boys... ;) 



środa, 1 kwietnia 2015

Kilka słów o marcu między magnolią a wisienką


Żegnam marzec dziękując, że zabrał rutynę i przyniósł lepsze dni, cieplejszy wiatr, kilka słów więcej. Więcej słońca, dłuższy dzień. Powrót włóczykija i sen podróżnika.

poniedziałek, 30 marca 2015

Wielki Tydzień


Jesteś

jestem bo jesteś
na tym stoi wiara
nadzieja miłość spisane pacierze
wielki Tomasz z Akwinu i Teresa mała
wszyscy co na świętych rosną po kryjomu
lampka skrypulatka skoro Boga strzeże
łza po pierwszej miłości jak perła bez wieprza
życia ludzi i zwierząt za krótka choroba
śmierć za przeprowadza przez grób jak przez kamień
bo gdy sensu już nie ma to sens się zaczyna
jestem bo Jesteś. Wierzy się najprościej

wiary przemądrzałej szuka się u diabła
Jan Twardowski

niedziela, 29 marca 2015

Do Oliwy Drogą

Dziś będzie o tym, że zawsze warto i że głupi ma szczęście, mimo braku oliwy. I o Herbercie. Przy okazji zapraszam miłych zaglądających do odwiedzenia Głosów Herberta na FB, których jestem 1/2. A teraz do rzeczy ;)

czwartek, 26 marca 2015

Błogosławiona nieprzewidywalność



Za kilkanaście godzin wsiadam po raz 13 w tym roku do samolotu do Polski. Planowałam trochę później. Po raz kolejny przychodzi mi do głowy Tuwim ... Plany... Ostatnich kilka dni wpasowuje się w rytm, który kocham w życiu najbardziej: wolność i nieprzewidywalność zwana losem, karmą. Życie po prostu. The Change Alley, jak pół roku temu, na wielu frontach :)

sobota, 21 marca 2015

Przedwiosennym spacerkiem po Lublinie


Ileż razy czekałam na peronie 4. Warszawy Wschodniej na pociąg do Lublina; ilekroć tamtędy przejeżdzam zawsze wspominam te chwile i wypatruję znajomej ławeczki tych z przesiadką

Zapomniałam zupełnie, że Lublin lubi deszczyk i chłód. Wspomienia pogodowych kaprysów ściany wschodniej wróciły do mnie tuż przed 10. rano, gdy tylko postawiłam nogi na lubelskiej ziemi. Przygotowałam się i na to wyposażając w wariant ubraniowy optymistyczny na +10 i nieco bardziej zimowy, poniżej 5 stopni. 

środa, 11 marca 2015

Poetycka pamięć


"Wydaje się, że w mózgu istnieje całkiem szczególny obszar, który można by nazwać poetycką pamięcią i który rejestruje to, co nas urzekło, wzruszyło, co dało piękno naszemu życiu." 

Milan Kundera, "Nieznośna lekkość bytu"


Czas goni nas, więc dziś tylko fotograficznie-nostalgicznie...


poniedziałek, 9 marca 2015

5:43 am, czyli o cyfrach, liczbach i paragrafach

Dochodziła 6 rano kiedy opuszczałam Londyn. Siedząc w busie na lotnisko  i żegnając na chwilę migające w oddali miasto i mijaną wlaśnie wioskę olimpijską w Stratford, tą samą za którą za dnia obejrzy się niejedna głowa płci obojga, a którą nocą przyćmiewa wschodzące na horyzoncie słonko, spojrzałam na będący mocno do przodu zegar autobusowy pokazujący... 17:17. 



niedziela, 8 marca 2015

Osiecka

      Ten kamień, który w sercu noszę,
      pozostaw mi, Panie.
      Nie daj by czas,
      jak lekarz-morderca
      spłynął na moje posłanie
      i... kamień z serca!
      Tyleś mnie razy wywiódł
      z legowisk niekochanych,
      że dziś mi, po latach tylu,
      nie plaster daj, lecz ... kamyk.
      Nie pozwól z gorączki tej powstać.
      Nie kuruj zapomnieniem.
      Chcę czyjąś jeziorną postać
      na pustej przechować scenie.
      Ten, co mi kamień wsączył,
      jak wino do krwi pustej,
      niczemu nie jest winien.
      Jest niebem i lustrem.

czwartek, 5 marca 2015

O czym śnią Templariusze?

Spoglądam na spoczywających szesnastu prawie co tydzień. Śpią spokojnie snem wypoczywających 'w pozycji, w której położyli ich rzeźbiarze' czujnie, z mieczem przy boku, trochę przekornie z nogą założoną na nogę, tak jak i ja lubię. W zamierzeniu mieli chronić pielgrzymów, wieki później zdaje się, że role się odwróciły. 


środa, 4 marca 2015

Pół roku w trzy minuty na Lombard Street

Za kilka trzecia pędziłam ulicą Lombard Street w stronę stacji metra Bank, by być 7 minut później z powrotem w biurze. Ilekroć tamtędy przechodzę zawsze myślę ciepło o tych kilku miesiącach 'lata w Nohant' spędzonych w okolicy.

Poranny sprint z Cannon Street kiedy słońce było jeszcze nisko, potem popołudniowe  spacery zaułkami między Bishopsgate i Cornhill i piesze powroty na London Bridge przez Birchin Lane zakończoną od południa marmurową kotwicą. Ilekroć jestem w okolicy, każda wizyta natychmiastowo przenosi mnie do preludium zbliżającej się jesieni i zmian, które nastąpiły wraz z ostatnim porannym przejściem uliczką The Change Alley w końcu września zwiastującym prawdziwe changes na wielu frontach. Żal było opuszczać okolice kościoła św. Michała, gdzie poniedziałkowe koncerty organowe serwowałam sobie na lunch, uliczki i pasaże obok zamkniętego kościoła św. Piotra schowanego tuż obok dawnego najstarszego londyńskiego coffee shop, obecnie Jamaican Wine Bar przy St. Michael's Alley, jeszcze sprzed czasów Wielkiego Pożaru. 

Podróże w przeszłość trwają krócej niż piesze wycieczki po okolicy, byle myśl przenosi w czasie konkurującym z pierwszą predkością kosmiczną. Tak było też wieczorem, gdy tuż po 21ej w zejściu na platformy metra napotkałam tego samego pana grającego na didgeridoo, którego widok zatrzymał mnie na kilka dobrych minut ostatniego dnia października, w przejściu między liniami metra na Leicester Square.      

sobota, 28 lutego 2015

La vie est belle

Często, podczas zupełnie abstrakcyjnych i prozaicznych czynności zdarza mi się 'Eureka!' moment, kiedy ni stąd ni z owąd  wpada jakaś przebudzona myśl, zupełnie jakby z fabrycznej taśmy produkującej niebieskie słoniki nagle wyfrunął kanarek a la świergocąca Mary Poppins z kolorowym, przydużym parasolem i kształtnym kuferkiem.

niedziela, 22 lutego 2015

Polski Londyn - Fryderyk Chopin

Polskich miejsc w Londynie nie brakuje. Raz na jakiś czas postaram się utrwalić te najważniejsze, powstają dzięki aktywności Polonii i środowisk emigracyjnych. Dziś 205.rocznica urodzin Fryderyka Chopina, stąd krótki wpis o londyńskich śladach Mistrza.



Źródła podają, że Chopin był w Londynie dwa razy. Pierwszy raz w 1837 roku jako siedemnastoletni chłopak, zaś drugi jako dojrzały muzyk, na rok przed śmiercią w Paryżu, w 1848 roku. Pamiątką  tych wizyt są popularne 'blues plaques'.

 4 St James's Place, Westminster, SW1, najbliższa stacja metra to Green Park

poniedziałek, 16 lutego 2015

Z wyrafinowaną namiętnością, po włosku

Planowanie, na szybko urodzinowego wypadu do Włoch, śladami Herberta, a jakże, dokonuję po trochu z kopią „Barbarzyńcy w ogrodzie", a tam takie kwiatki przynoszące bumerang wspomnień i myśli... :)

niedziela, 15 lutego 2015

Kes, czyli rzecz o ptakach


Myślę ostatnio o filmie 'Kes' Kena Loach widzianym chyba z 15.lat temu. Może dlatego, że przyroda ta i tak ożywiona coraz śmielej wyrywa się niespiesznym nawrotom zimy, choć wkrótce i na tym gruncie zapanuje 'ceasefire'. 

sobota, 14 lutego 2015

Serce nie jest do zabawy, trzeba dać mu mocnej kawy


Widok latarni morskiej w Sopocie podczas niedawnej wyprawy 'śladami Herberta' przypomniał mi fragment krótkiego eseju z „Barbarzyńcy w podróży" opisującego wyprawę Herberta łodzią rybacką na wyspę Holy Iona znajdującą się w północno-zachodniej części Szkocji, przy wyspie Mull.



„Po kolacji gospodyni poprosiła mnie, abym postawił małą lampkę w oknie wychodzącym na Holy Iona. Taki jest zwyczaj. Nocą światła obu wysp rozmawiają ze sobą.


Nie wiadomo, co przyniesie przyszłość i jak długo trwać będzie rozdarcie świata. Ale dopóki w jedną bodaj noc w roku światła tej ziemi będą się pozdrawiały, niecała chyba nadzieja jest pogrzebana."



Podobnie bywa ze spotkanymi, nierzadko przypadkiem, ludźmi, którzy pojawiwszy się choć na krótko w naszym życiu odchodzą, ale raz zapalone przez nich światło pozostaje. I ta jasna, pogodna obecność, która niegdyś podarowała tak wiele piękna, teraz skrada uśmiechy i momenty, jest tematem myśli, powraca między ciszą, czasem między słowami.


Gdzieś na świecie właśnie zapada zmrok, gdzieś wstaje słońce, komuś zabije mocniej serce, światła wysp porozmawiają ze sobą...


Dawne, niedawne




Wróciły dziś do mnie nad ranem



Jak z nieba zgubione jaskółki

Na długą niepamięć skazane

Nasze dawne zabawne pocałunki
Te znad rzeczki te z łąki te z lasu

Te pospieszne, bo nie ma już czasu

Te gorące zdyszane i te senne nad ranem

Te liryczne i śliczne i pornograficzne
Te kradzione od żony

I te kłamstwem słodzone

Tamte z klatki schodowej i z windy

Te miętowe i te anyżkowe

I te inne od innych

A na końcu te troszkę mokre od łez

Po których nie ma już śladu

A przecież jest

A. Osiecka

czwartek, 12 lutego 2015

Wild is the wind

Jesienne wspomnienie w środku lutego, stycznia, grudnia, nawet listopada.
Powtarzalność niepowtarzalnego. 
Wszystko zaczyna się i kończy, wszystko plynie. 
Niezmienny jest nieznośny ciężar sentymentalizmu. W końcu niepokorna natura i chochlik w oku, że hej! niczego nie wiesz na pewno. Będzie dobrze.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Warszawa szlakiem żydowskim, czyli to nie był sen

"O, sny to drugie życie, gdy się wytłumaczy. Tylko trzeba na to mądrości, o, wielgachnej mądrości. Mądrości aż na tamten świat i dalszej".
("Traktat o łuskaniu fasoli")



wtorek, 3 lutego 2015

Wybrzeża pełne ciszy

Osiem miesięcy temu byłam na bardzo długim i bardzo niezwykłym koncercie Piwnicy św. Norberta z Krakowa. To był jeden z najlepszych piątków i wspaniałe rozpoczęcie ostatniego kwietniowego weekendu. 

piątek, 30 stycznia 2015

Saudade

Choć Lizbona za dokładnie cztery miesiące, saudade diagnozuję z datą wsteczną, ubiegłoroczną, czasem przeszłym dokonanym.


Léopold Sédar Senghor

Miłość jest cudem

Saudade - elegia
Dla Humberto Luis Barahona de Lemos 


Słyszę głęboko w sercu saudade, pieśń o mrocznym głosie.
Czy to głos odwieczny, kropla krwi portugalskiej, która wychynęła z otchłani wieków?
Moje nazwisko, które powraca do źródeł?
Kropla krwi lub Senhor, przezwisko jakie kiedyś kapitan nadał czarnoskóremu żeglarzowi?
Odnalazłem swoją krew, odkryłem moje nazwisko pewnego roku w Coimbrze pod gęstwiną książek.
Świat ludzi niezłomnych i tajemniczych; o, nocy zielonych lasów, o, świcie plaż cudownych!
Piłem – białe ściany wzgórz oliwnych – świat podbojów, przygód, gwałtownych miłości i cyklonów.
Ach, wypić wszystkie te rzeki: Niger i Kongo, Zambezi, Amazonię i Ganges.
Wypić wszystkie morza jednym haustem murzyńskim bez cenzury i akcentów.
Wypić wszystkie marzenia, wszystkie książki, złoto i bogactwa Coimbry.
Wspominać siebie, po prostu siebie samego sobie przypomnieć…
Mauretański wielbłądzie, oto jesteś w sam raz dla mnie – 
to było w czasach, kiedy wojownik miał honor,
pasujesz do mojej odwagi.
Na twoje podstępne fortele mam prawość swojej lancy – 
a na niej błyskawica jak trucizna. 
Wobec twojego podstępu mój zapał jest bez skazy.
Kapitanie lub żeglarzu niczego już nie pamiętam, prostuję do pionu
siłę moich mocy,
ich oddanie trwa dłużej niż ich mury. Nienawidzę anarchii.
Moją misją jest wypasać bydło,
doprowadzić do końca zemstę i pustynię poddać Bogu płodności.
To było w czasach honoru.
Bitwa była piękna, krew karminowa, a lęk zniknął.
W cieniu moich diun śpiewa saudade mojej minionej chwały. 
Saudade – dawnych miłości, saudade mojej saudade.
Z niezmiernej i czerwonej pustki Imeriny.
Ach, mylę, mylę czas teraźniejszy z przeszłym.
Władca Wysokich Płaskowzgórzy zaprasza na ucztę na cześć Gościa.
Pomiędzy świecami jedwab koni, głosów żywy aksamit, 
w złoto bursztynowych ramion.
Kiedy nagle tryska długa skarga orkiestry i chóru.
Czy słyszeliście kiedykolwiek te śpiewy z Wysokich Płaskowyży,
które przywołują świat umarły?
W których uczucia są czyste, miłości niemożliwe, serca strącone w przepaść?
Umrzeć, umrzeć, umrzeć od tej nieskończonej skargi.
Och, umrzeć od tej długiej skargi, która szybko przenika serce.
Nie ma już nic, jak tylko ta rozległa pustka i czerń Imeriny.
Góry dalekie krwawią jak ogniste krzaki.
Zagubiony na Oceanie Spokojnym, docieram do Szczęśliwej Wyspy – 
moje serce nieustannie błądzi, a morze jest bezmierne.
Rekiny mają białe skrzydła archaniołów, węże emanują ekstazę, a kamienie…
Kobiety, które są kobietami, kobiety, które są pełnymi owocami pozbawionymi pestek: 
kobietami-sezamami.
W nocy włosów, kwiatów, które są językiem Wtajemniczonych.
Mam ze sobą kolię z korali, ofiaruję ją czterem kwiatom.
Nie jestem wolny, aby cię kochać, a ty jutro musisz o świcie odjechać.
– Mój kielich jest otwarty dla Pszczoły, mój ukochany. Niech motyle odlecą.
– Twoja broń przyjacielu jest bezużyteczna, a Wojownik jest śmieszny! 
– Umieram i odradzam się, kiedy zechcę. Moja miłość jest cudem.
To było dawno temu w czasie i przestrzeni, a morze było spokojne.
Nie opowiem o wyczynach ani o indiańskich królestwach podbitych po dwóch stronach horyzontu.
Liczą się tylko przygody sycone u źródeł świętych rzek!
Nie lubię jednak magii. Miłość jest moim cudem.
Moja portugalska krew zatonęła w morzu murzynności.
Amalio Rodriguez, śpiewaj, śpiewaj tym niskim głosem saudadę moich dawnych miłości,
rzek, lasów, żaglowców, oceanów, słonecznych plaż,
oddanych ciosów jak i krew wylaną dla błahych rzeczy.

Słucham w głębi mnie samego skargę o mrocznym głosie saudade.

przełożył Kazimierz Brakonicki

wtorek, 27 stycznia 2015

Amadeusz

Dziś 259. rocznica urodzin Mozarta. Przechodząc przez Soho, w drodze do miejsca, gdzie niegdyś koncertował - Kościoła St. Martin's in the Fields jako dziecko w Londynie, natrafiłam na miejsce, w którym musiał sie rownież zatrzymać.



'Czy istnieje ktoś taki, o kim mógłbym powiedzieć, iż w czarodziejski sposób wabi mnie, oszałamia, uwodzi jak Król Elfów? Owszem, jest taki człowiek: największy geniusz wszechczasów, cudowne dziecko - Mozart. Jego muzyka wprawia mnie w stan niebiańskiego zachwytu. Mogę jej słuchać bez końca, chłonąc do zatracenia. To miłość mojego życia. A spod jakiego znaku jest ów arcyczarodziej? Którego dnia i miesiąca zjawił sie on na świecie? Datę jego narodzin mam wyrytą w pamięci niczym święte litery. Wbiła mi ją do głowy nauczycielka muzyki bodaj na pierwszej lekcji: dwudziesty siódmy stycznia.' 

A. Libera, Madame



'Mozartem nacierałem uszy
doskonaliłem nozdrza wonią starych książek' 

Z. Herbert 'Pan Cogito obserwuje w lustrze swoją twarz'

niedziela, 25 stycznia 2015

Na wszystkie moje niepogody

Znalazłam w prezencie gwiazdkowym od brata 'Herbert nieznany' fragment - modlitwę Tomasza Morusa, który od pierwszego przeczytania przemówił do mnie, tak jak czasem się dzieje, gdy słowa, obrazy czy dźwięki trafiające do nas przypadkiem są jak plaster miodu dla obolałej duszy albo raczej jak świeże powietrze przez otwarte okno tak aż do serducha. 




Ilekroć to czytam balonik mojego ego dostaje trochę po głowie ;)

'Zechciej mi dać duszę, której obca jest nuda,
która nie zna szemrania, wzdychań i użaleń

i nie pozwól, ażebym kłopotał się zbyt wiele

wokół tego panoszącego się czegoś,

które nazywa się "ja".


Panie, obdarz mnie zmysłem humoru.
Daj mi łaskę rozumienia się na żartach,
ażebym zaznał w życiu trochę szczęścia,
a i innych mógł nim obdarzać.'

Śladami Herberta w Warszawie



"Opuszczając jakieś miejsce zostawiamy tam cześć siebie. Zostajemy tam, mimo, ze je opuściliśmy. I istnieją w nas rzeczy, które możemy odnaleźć ponownie tylko wtedy, gdy tam wrócimy. Podróżujemy wgłąb siebie jadąc do miejsca, w którym pozostawiliśmy kawałek własnego życia i nie ma znaczenia, ze jest on niewielki. Ale podróżując wgłąb siebie musimy zmierzyć się z własną samotnością i czyż nie jest tak, ze wszystko co robimy, robimy ze strachu przed samotnością, czy nie dlatego wyrzekamy się wszystkich tych rzeczy których będziemy żałować pod koniec życia?"
'Nocny pociąg do Lizbony' P. Mercer

sobota, 24 stycznia 2015

Niech świat nigdy nie przestanie Cię zachwycać

Tego życzę każdemu i sobie, wszak trochę okrągłe urodziny już za pół roku :)


"Nature chose for a tool, not the earthquake or lightning to rend and split asunder, not the stormy torrent or eroding rain, but the tender snow-flowers noiselessly falling through unnumbered centuries."
-  John Muir  



piątek, 23 stycznia 2015

Ocalić od zapomnienia

Dziś 110. rocznica urodzin Gałczyńskiego. 





OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA 


Ile razem dróg przebytych,
ile ścieżek przedeptanych,
ile deszczów,ile śniegów,
wiszących nad latarniami,
ile listów,ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu,
i znów upór żeby powstać,
i znów iść i dojść do celu. 



Ile w trudzie nieustannym,  
wspólnych zmartwień,
wspólnych dążeń,
ile chlebów rozkrajanych,
pocałunków,schodów,książek,
oczy Twe jak piękne świece,
a w sercu źródło promienia,
więc ja chciałabym
Twoje serce ocalić od zapomnienia!



U Twych ramion płaszcz powisa,
krzykliwy,z leśnego ptactwa,
długi przez cały korytarz,
przez podwórze aż gdzie gwiazda Wenus,
a Tyś lot i górność chmurną,
blask wody i kamienia,
chciałabym oczu Twoich chmurność
ocalić od zapomnienia! 



czwartek, 22 stycznia 2015

Tyś jest imię moje... Baczyński

Warszawa Baczyńskiego. Nie będzie to notka biograficzno-wspomnieniowa. Będzie o tym, że tak się złożyło, że Warszawę, tak jak i inne miasta, w których mi mieszkać pzyszło poznawałam głównie pieszo, często wyznaczając sobie coraz to szerszy szlak biegowy po okolicy, a potem okolicy okolicy i tak dalej. Tak natrafiłam na sąsiedzkie mieszkanie Baczyńskiego przy króciutkiej ul. Hołówki 3, bocznej Czerniakowskiej, zaraz za kościołem św. Stefana.


Bardzo często tamtędy przechodziłam przenosząc się myślami do Warszawy lat 20., 30. i 40. - czasów, o których nie mam pojęcia i nigdy mieć nie będę, ale blade wyobrażenie.

Całkiem niedawno okazało się, że ostatnie krótkie, ale częste i raczej intensywne wizyty w Warszawie ponownie powiodły mnie 'szlakiem' Baczyńskiego. W okolicę Kamienicy Wildera na ul. Bagatela 10 trafiłam trochę przypadkiem, jednym z tych, których nie ma.


Przechodząc obok trudno nie zauważyć umieszczonej na ścianie budynku tablicy informującą, że 22 stycznia 1922 r. urodził się tam Krzysztof Kamil Baczyński. Zupełnie niezwykle było to dla mnie odkrycie i takie też przeżycie.


W pobliskim kościele św. Zbawiciela został ochrzczony, a kilka lat później rodzina przeniosła się na sąsiedzki Ujazdów. 

Mam trochę specjalną pamięć do dat, stąd zwróciłam też uwagę, że dzień śmierci Baczyńskiego, 4 sierpnia, to również dzień śmierci bliskiej mi osoby.

Ostatnią tablicą na jaką się natknęłam spacerując niedawno po zimowej Warszawie jest ta na Pałacu Blanka, przy której poległ Baczyński.




Promienie

Powietrze aniołów pełne, 


a ich przejrzysty trzepot 


jest jak natchnione ciepło 
nad ognia złotą wełną. 


Dziewczynko, która fruwasz, 


na ptaki rozmnożona. 


Biały pył? Jasny potok? 
Promień ścieżek jak złoto 
na skrzydłach? Na ramionach? 


Kim mi jesteś? Kim jesteś? 


Obłok snu purpurowy. 


Cień przenika powietrze,
idzie ziemią i przeczy 
puszystej rzeźbie głowy. 


Smutek to czy czekanie? 


Pośród organów blasku 


jak dymu smukłe laski 
lub słupy srebrnych puchów - 
- bąki grających duchów. 


Ileż muzyki ciepłej! 


Kim mi jesteś? Kim jesteś? 


Utrwalony powietrzem 
ptaku białego pyłu - 
kim mi jesteś, czym jesteś - 
pół-ptak, a pół-miłość